Mur Wyścigów

Niby mur jak mur. Długi na kilometr, wysoki na jakieś trzy metry. Zabytkowy. Przedwojenny. Okala teren Wyścigów Konnych. Latem 1939 roku oglądało go wytworne towarzystwo zmierzające na otwarcie sezonu na nowym torze wyścigowym na Służewcu. W 1944 przez mur przeskakiwali powstańcy z Pułku Baszta atakujący teren ówzesnych koszar SS. Mur przetrwał wojnę, w PRL-u znów oglądało go (już ciut mniej wytworne) towarzystwo obstawiające gonitwy i porządki. Do końca lat osiemdziesiątych przypominał mur więzienny. W kolorze – pardon – lekko sraczkowatym, z odpadającą płatami farbą i widocznymi ubytkami. Niektórzy wspominają, że przez jakiś czas była na nim namalowana reklama Unitry lub innego państwowego kombinatu. Wydawało się, że mur godnie przejdzie w wiek emerytalny – a tu proszę, druga młodość.
Druga młodość zaczęła się wraz z wolnością. Od początku lat dziewięćdziesiątych mur zaczął się zmieniać w wielka wystawę graffiti. Początkowo dosyć nieśmiało, pierwsze malunki powstawały na nim jeszcze w technice tradycyjnej – pędzelkiem. Potem przyszły spray’e. Najpierw kilka sekcji, wkrótce całość. Mur stał się największą w Warszawie (a może i w całej Polsce?) galerią spontanicznej sztuki ulicznej. Jedne graffiti znikały zamalowane przez artystów czujących przypływ weny, inne trwały na wieczną pamiątkę – jak choćby widoczne u wylotu ulicy Romera wielkie epitafium dla Kataniego, chłopaka z osiedla obok, który zginął w wypadku. Tego nikt nie śmiał ruszyć. Nikt też nie zapaskudził trzech wydzielonych segmentów muru, które w 2001 roku ursynowskie władze poświeciły pamięci więźniów politycznych zamordowanych na terenie Wyścigów.

Przy murze powstało mnóstwo teledysków, zagrał też w filmie „Girl Guide” Machulskiego. Lekko ucierpiał podczas koncertu U2 w 1997 roku, kiedy trzeba było rozebrać fragment konstrukcji, aby wpuścić napierających fanów zespołu. Jak by to określił profesjonalny przewodnik: mur na stałe wpisał się w lokalny koloryt i pamięć mieszkańców.
I tak wszystko trwało aż do marca 2011 roku, kiedy to ktoś pracujący na rzecz reklamy firmy Adidas postanowił wykorzystać popularność muru i zmienić go w megabilbord promujący Trzy Paski. Nie pytając o zgodę konserwatora zabytków, nie zawracając sobie głowy pozwoleniami z Zarządu Dróg Miejskich, postanowiono galerię graffiti zniszczyć. Mur szczelnie odgrodzono stalowym płotem, wystawiono wartę uzbrojonej ochrony i zaczęła się demolka. W jeden dzień sprawie pokryto pół kilometra historycznych malunków jednolicie czarną farbą. Destrukcję przerwano na noc, z zamiarem dokończenia dzieła zniszczenia rano. I wtedy stał się cud. W kilka godzin na Facebooku skrzyknęła się wielotysięczna grupa grożąca bojkotem produktów Adidasa. Na miejscu pojawili się aktywiści broniący dorobku grafficiarzy. Przyjechała telewizja. Środowisko hip-hopowe zawrzało.

W Adidasie i obsługujących go agencjach zarządzono chyba czerwony alarm. Trzy Paski wstrzymały prace i wydały oświadczenie, w którym zapewniły, że chciały dobrze… Jasne. Tylko wyszło tak, jak zwykle. Mur udało się zachować, pół kilometra czerni to też świetny podkład pod nowe graffiti.
Lekcje na przyszłość? Są, a jakże. Wbrew pozorom, grafficiarze to nie swawolne kupy marzące bohomazy, tylko zorganizowana grupa miejskich artystów. A swoją drogą, akcja Adidasa posłuży pewnie przyszłym pokoleniom reklamiarzy, którzy zgłębiając branżową wiedzę, przeczytają w podręczniku rozdział: „jak skutecznie strzelić sobie w stopę, przeładować i wypalić jeszcze raz”. Aj, boli.

Autor: Maciej Mazur, 2011

Etykietowanie: