Niebieski Ził nie miał już sił. Deszcz lał kolejny dzień i koła radzieckiej wywrotki zatapiały się w błotnistej mazi. Co chwilę trzeba było wychodzić z szoferki, podrzucać solidną dechę pod opony i gramolić się z błota. Kierowca klął na czym świat stoi, bo cel już widział na wyciągnięcie ręki – płaski szczyt bezkształtnej góry, gdzie potężny spychacz Staliniec równał z ziemią to, co kolejne wywrotki wysypały. Ził pozbył się w końcu ładunku i zawrócił. – Ale w sumie to i tak nie jest źle – pomyślał szofer. – Mógłbym z tym błockiem wykopanym z fundamentów zasuwać aż na Radiowo, a tak to tylko rzut beretem z antenką i już jestem u Cwila. Na tej Cwilowej Kopie.

Ursynowska pionierka brnie z wózkiem błotnistym łącznikiem między Nutki i Końskim Jarem. A za nią wzgórze o kształcie nieokreślonym - to sypana właśnie Kopa Cwila. Fot. Włodzimierz Witaszewski.
Problemów na kopy

Ził napracował się co niemiara, ale efekt jest imponujący. Nie da się go przeoczyć. Wita każdego przybysza przyjeżdżającego na Ursynów od strony centrum. Kopa Cwila. Co za dziwna nazwa? I skąd w ogóle się wzięła taka góra na tej równinie? Kiedy rozpoczynano wielkie dzieło budowy Ursynowa, inżynierowie musieli rozwiązać problem zwałki ziemi. Co zrobić z tysiącami metrów sześciennych ziemi z fundamentów pod bloki? Ten sam kłopot mieli w XXI wieku budowniczowie Stadionu Narodowego. Pierwszy plan zakładał wywożenie ziemi aż na Radiowo, na wysypisko śmieci. To jednak kawał drogi przez całe miasto. Kompletnie się nie opłaca. A nie można gdzieś bliżej? – Można! – powiedział inżynier Henryk Cwil ze Stołecznej Dyrekcji Inwestycji Spółdzielczych – i wskazał na teren między ulicami Koński Jar i Nutki. I tak planowano tu wielki teren zielony z ozdabiającym go „wzgórzem północnym”. Wzgórze usypano więc z ziemi wykopanej z fundamentów, a że wożący urobek kierowcy mawiali podobno „jadę do Cwila”, to i tak się przyjęło, chociaż większość okolicznych mieszkańców do końca lat osiemdziesiątych używała nieco prostszego określenia „duża góra”, dla odróżnienia od licznych małych osiedlowych górek, które także powstały z ziemi spod bloków. Swoją drogą: inżynier Cwil był żołnierzem AK i Andersa, potem więźniem stalinizmu. Po jego śmierci w 1990 roku oficjalnie zadekretowano nazwę „Kopa Cwila”. Choć właściwie to Kopa Szkopa, bo park ze wzgórzem zaprojektował Andrzej Szkop, członek zespołu pod kierownictwem Marka Budzyńskiego, naczelnego architekta Ursynowa Północnego. Jej kształt miał podobno nawiązywać do bieszczadzkich krajobrazów. I rzeczywiście, jak się spojrzy od strony Końskiego Jaru, to na dłuższym grzbiecie mamy prześliczną połoninę. Aż kusi, żeby to wykorzystać. No to włączmy magnetowid. Wrzucamy taśmę Oddziału Zamkniętego i już leci:

Jak wygląda ten wasz cudny świat,

ja to wiem i oni wiedzą jak.

Napiętnowany marzeniami,

napiętnowany marzeniami.

Oddział Zamknięty na Kopie Cwila kręci teledysk do "Ten Wasz Świat". Krzysztof Jaryczewski, wokalista Oddziału Zamkniętego, wspomina prace nad teledyskiem: "Kazali nam łazić po jakichś wertepach na Ursynowie i ruszać ustami. (...) My w skórach, a za plecami ponure blokowisko - ten wasz świat".
Oddział Zamknięty na Kopie

Teledysk do jednego z największych przebojów zespołu nakręcono właśnie na Kopie Cwila, która podczas zdjęć (zapewne w 1981 lub 82 roku) przypominała raczej błotnisto-gliniane usypisko. Prawie dwadzieścia lat później góra wystąpiła też w teledysku hiphopowej Molesty. Ale rola szołbiznesowych wzgórz Hollywood to nie jest największy sukces Kopy. Otóż miała ona zostać miejscowym Aspen, Kolorado. Najbardziej śmiałym projektem było bowiem przekształcenie jej w drugie Szczęśliwice, stację narciarską południowej Warszawy. Express Wieczorny z (co za data!) piątku, 11 grudnia 1981, zapowiada, że na Kopie Cwila uruchomiony zostanie wyciąg narciarski czynny w godz. 10-17. Wydaje się, że plany generała Jaruzelskiego nieco pokrzyżowały plany organizatorów małej Gubałówki. Wyciąg zainstalowano, ale czy już wtedy ruszył? Był na pewno profesjonalnie przygotowany. Typ: „wyrwirączka”, ale z oświetleniem! Maszynownię kryła stalowa buda na najwyższym z trzech szczytów Kopy. Dalej zaczynają się domysły, bo jedni dadzą się pokroić za to, że przez jeden sezon wyciąg działał. Inni twierdzą, że go – owszem – zamontowano, ale nigdy nie uruchomiono. Wzdłuż trasy poprowadzono tor bobslejowy (no… saneczkowy) umożliwiający przy odpowiednim oblodzeniu trasy rozwinięcie olimpijskich prędkości. Wyciąg stał na pewno aż do 1990 roku, ale przez ostanie zimy PRL-u z pewnością już nie działał. Potem jakoś zniknęły stalowe liny. Zdemontowano oświetlenie i słupy. Sama budka jeszcze dosyć długo się broniła, dopiero w połowie lat dziewięćdziesiątych została rozebrana. Pozostał po niej do dziś betonowy fundament na szczycie, a u podnóża północnego stoku wciąż widać zarysy toru saneczkowego. Ale nic to. Nie potrzeba nam torów, nie trzeba wyciągów. Kopa i tak przez wszystkie swoje lata była i jest centrum sportów zimowych. W końcu większej góry niż Dużej Góry w tej części dzielnicy nie uświadczysz. Gdyby jeszcze ten śnieg dopisywał tak, jak to drzewiej – panie dzieju – bywało…

Tor saneczkowy na Kopie Cwila. W przeciwieństwie do wyciągu, nie potrzebował żadnej mechaniki. Wszystko załatwiały prawa fizyki. Zwykle był tak wyślizgany, że przypominał lodową rynnę bobsleistów. Właściwie nie wiadomo, dlaczego też go zlikwidowano. Fot. Włodzimierz Pniewski.
Kręta lodowa rynna

U stóp Kopy Cwila zaplanowano park. Wybudowano boisko do piłki nożnej oraz staw w kształcie wieloryba, chociaż aby ten kształt dostrzec, trzeba na niego spojrzeć z wysoka. Staw jest śliczny. Zasila go woda spływająca kaskadowo, niczym górski potok, po małych wodospadach wyłożonych otoczakami i obsadzonych kwieciem rozmaitym. Skrząca się tafla w słoneczne dni odbija kształty Kopy i patrząc w nią człowiek mógłby zapomnieć, że jest właśnie w Warszawie, ale niestety – tylko mógłby. Bo ów staw od zarania swoich dziejów jest suchy, choć znów (podobnie jak z wyciągiem) niektórzy utrzymują, że przez jeden sezon cudowne założenie się sprawdzało i wieloryb wesoło tryskał wodą. Pewne jest jedno: podczas budowy popełniono liczne błędy i machineria nie działa. Władze Ursynowa nawet niedawno sprawdzały możliwości ponownego (a może premierowego) uruchomienia konstrukcji, ale eksperci są jednomyślni: to się nie uda, to wszystko trzeba zbudować na nowo i nie ma co wylewać łez, bo wieloryb nie krokodyl i stawu płaczem nie napełni. Taka już ta Kopa jak cały Ursynów. Napiętnowany marzeniami.

Powyższy tekst to pierwszy rozdział książki Macieja Mazura „Czterdziestolatek. Historie z Ursynowa”. Gdyby kogoś zainteresowała ta opowieść i miał ochotę na więcej reportażyków historycznych, to książka do kupienia jest w sklepiku wydawcy:

Przejdź do sklepu

Skomentujesz? Wiesz może coś więcej? A może autor się pomylił?