Chociaż w kalendarzu grudzień, pogoda wiosenna. Sklepy w tę niedzielę otwarte, na bazarach też oczywiście tłok – w końcu to ostatni przedświąteczny weekend handlowy. A jednocześnie pierwszy przedświąteczny weekend handlowy, bez kartek i wielogodzinnych kolejek po cokolwiek. Bardzo ciekawa rzeczywistość zawieszona między upadkiem socjalizmu a początkiem szokowej transformacji z końca 1989 roku.
17 grudnia 1989, niedziela. Reporterka „Życia Warszawy” idzie z panią Małgorzatą na przedświąteczne zakupy. Zaczynają od wizyty w Megasamie. Kolejki na pół dnia to już przeszłość, teraz wystarczy pół godziny stania, aby kupić to, bez czego żadne święta w PRL nie mogły się obyć, czyli pomarańcze. Jeszcze rok temu wymarzony i wyczekiwany towar sprowadzany z Kuby, teraz już dostępny wszędzie. Banany i pomarańcze. Na bogato, cztery kilogramy. 25 tysięcy ówczesnych złotych. To dużo czy mało? ZUS podaje, że przeciętne roczne wynagrodzenie w 1989 roku wyniosło prawie 2,5 miliona złotych, możemy więc założyć, że miesięcznie pod koniec roku (szaleje inflacja!) pensja wynosiłaby około 250-300 tysięcy złotych. Gdyby przeliczyć to na parytet chleba, to starczało na ponad 500 bochenków – tak wyliczyła to Wirtualna Polska. Dziś możemy kupić jakieś 1700 bochenków. Możemy kontynuować zakupy.

W dziale przemysłowym Megasamu pani Małgorzata kupuje prezenty. Klocki dla syna za 50 tysięcy i dezodorant dla męża za 15 tysięcy. Wychodzimy ze sklepu. Choinka? Choinkę oczywiście na bazarze. 15 tysięcy złotych. A karp? Przecież bez karpia ani rusz! Karpie sprzedają z Żuka, ale jakieś takie małe i paskudne. W Centrali Rybnej na Janowskiego mają znacznie lepsze, czterokilogramowe. Załatwione. Panie wracają obładowane siatami do domu i liczą. Poszło ponad 200 tysięcy złotych, czyli – o ile wcześniej się nie pomyliłem w wyliczeniach – dwie trzecie pensji. Czary mary, przeliczamy na dzisiejsze zarobki, uwzględniamy wzrost siły nabywczej w naszym parytecie chleba i wychodzi, że pani Małgorzata wydała 2 tysiące PLN. Matko, ale drożyzna! A gdyby poszła na bazarek na dołku?

No właśnie. W Megasamie klocki i dezodorant, a na dołku prywatny import z Wiednia, Berlina Zachodniego oraz Turcji. Charakterystyczna dla początków transformacji ekspozycja na byle czym. Łóżka polowe, cerata, krzesełka turystyczne. Czego państwo potrzebują? Są buty, ubrania, drobne AGD, telewizory. Oraz takie gustowne sweterki świąteczne. Dziś też byłyby modne. Pakujemy w torbę Big Shopper i wracamy. Trzeba tylko uważać, aby podczas tych zakupów nie wpaść w błoto, bo – jak już wiemy – ten grudzień ’89 upływał raczej w klimacie przedwiośnia.

Kto doczytał do końca artykuł z „Życia Warszawy”, tego zapewne mógł trochę zdziwić ostatni akapit. Przecież już jest drogo, a tam jeszcze piszą, że od stycznia zapowiedziano „znaczne obniżenie stopy życiowej”. O co chodzi? Otóż, moi drodzy, od 1 stycznia 1990 roku rusza realizacja Planu Balcerowicza. Ceny wystrzelą w górę, płace – niekoniecznie, o co zadba podatkowy system powstrzymywania ich wzrostu, czyli podatek zwany „popiwkiem”. Zabawna nazwa, ale to skrót od Podatku od Ponadnormatywnych Wypłat Wynagrodzeń. I to dopiero będzie właściwy początek nowej rzeczywistości. Szok nadejdzie za dwa tygodnie, a na razie – Wesołych Świąt 1989!









