Wsiadasz do pociągu metra. Jazda jak jazda. Nagle jednak gaśnie światło. Coś błyska. Krótkie spięcie? Tak, owszem. Ale to metro właśnie cofnęło czas. Wysiadamy na stacji Kabaty w 1995 roku. Bogatsi w dzisiejszą wiedzę kupimy tu mieszkanie i zrobimy interes życia.
Kto wkrótce po uruchomieniu metra w kwietniu 31 lat temu się śmiał, że na stację Kabaty zajeżdża nie metro, tylko pociąg podmiejski, niech teraz spoważnieje. Wychodzimy ze stacji. Wokół tylko jeden chodnik i błoto, ale spójrzcie. – Widok wprawia w zdumienie. Tutaj na początku lat 90. odbywały się jeszcze podorywki. Z błota wyrosło w sposób żywiołowy prawdziwe miasto – zauważa reporter „Gazety Stołecznej” w maju 1995 roku. – Obok Kabat trwa największa budowa współczesnej Warszawy. 22 spółdzielnie mieszkaniowe wznoszą domy na 15 hektarach. Na osiedlu Moczydło-Wschód i Moczydło-Zachód powstanie ponad 2 tys. mieszkań.

Zabudowa kabackich pól postępuje trochę wbrew logice. Ta bowiem zakłada, że najpierw powinny zostać zagospodarowane tereny najbliżej stacji metra, a następnie osiedla rozlewałyby się na okolice. Tymczasem jest dokładnie na odwrót. Pierwsze bloki, jeszcze z wielkiej płyty, wzniesiono na początku lat dziewięćdziesiątych na wschodnim skraju Kabat, wzdłuż ulic Rosoła i Dembego. Powstawały według planów z lat osiemdziesiątych, zakładających uporządkowane osiedle z uliczkami zbiegającymi się przy stacji metra. Upadek socjalizmu i fabryk domów te plany przekreślił. W ich miejsce wszedł żywiołowy kapitalizm.

Drugie osiedle powstaje na krańcu zachodnim, to właśnie owo Moczydło. Moczydło Zachód i Wschód, chociaż wschód też na zachodzie – patrząc od strony stacji metra. Ten zakątek stanie się pomnikiem myśli urbanistycznej szalonych lat dziewięćdziesiątych i pod koniec trzeciej dekady XXI wieku powinno się go już otoczyć opieką konserwatorską. Nigdzie nie znajdziecie takiego nagromadzenia różnych stylów architektonicznych na tak niewielkim skrawku terenu.

Krytyk architektoniczny „Gazety” nie może wyjść z podziwu, prawda? A jeszcze wtedy nie powstała perła w kabackiej koronie, czyli pałac z sajdingu. Bardzo modnego materiału używanego raczej do okładania elewacji wyrastających pod miastem domków przypominających amerykańskie przedmieścia, ale okazało się, że na bloku też prezentuje się bardzo nowocześnie.

Jest tylko jeden kłopot. Ten, który zawsze trapił Ursynów. Najprościej i najszybciej stawia się bloki. Cała reszta musi poczekać. Kilka tysięcy ludzi wciąż nie może się wprowadzić do swoich nowych domów na osiedlu Moczydło. Nie ma do nich dojazdu. Sytuację opisuje „Gazeta Stołeczna” z maja 1995. – Dostępu do osiedla broni rozkopane pole, które przecina wyboista droga z żelbetowych płyt. Tak jak kilku innych spacerowiczów nie ryzykuję przejazdu samochodem. Zostawiam go na asfaltowym kawałku ul. Stryjeńskich i ruszam w stronę zabudowań piechotą. W połowie drogi mam buty całe w błocie, rezygnuję więc i zawracam – reporterka „Gazety” zdecydowanie nie doceniła warunków i najwyraźniej nie znała lokalnej historii. My już przecież wiemy, że błoto towarzyszące nowym mieszkańcom jest tym, co już z daleka obwieszcza: Witamy na Ursynowie!

– Od trzech lat jestem członkiem spółdzielni – skarży się gazecie jeden z przyszłych mieszkańców – dom jest gotowy, dostałem nawet klucze, ale co z tego, kiedy i tak nie mogę się wprowadzić, bo nie ma drogi. – Dość mam już czekania, chyba sprzedam mieszkanie – dodaje inny.
Pomysł sprzedaży zdecydowanie nie jest dobry. Kto kupi mieszkanie na Kabatach między 1995 a 2005 rokiem, ten zrobi doskonały interes. Po 2005 ceny nieruchomości wystrzelą w kosmos. No i wtedy już będą te ulice, a nie tylko jedna droga z żelbetowych płyt i błotniste pułapki wokół.
Zdjęcie tytułowe: Mirosław Kazimierczak
Przypisy:
„Z błota wyrosło miasto”, Gazeta Stołeczna, 18.05.1995
„Błotnista wyspa na Moczydle”, Gazeta Stołeczna, 22.05.1995









