Jak skolonizować Księżyc? Najpierw trzeba zbudować zaplecze. Zadbać o zaopatrzenie w żywność, zabezpieczenie medyczne, łączność i komunikację z Ziemią. Moduły mieszkalne należy sprawdzić pod kątem usterek i dopiero można wysłać pierwszy statek. A gdyby tak odwrotnie? Zacząć do statku, a z całą resztą jakoś to będzie? Precedens już jest.
Jaki precedens? Tak kolonizowano Ursynów pod koniec epoki Gierka. Krajobraz osiedla też przypominał Księżyc. Góry, doły, wykroty, dziury, wszechobecny pył. Zaopatrzenie w żywność? Był jeden sklep i to nie w nowoczesnym pawilonie, ale w ocalonej jedynej przedwojennej kamienicy.

Zabezpieczenie medyczne? Najbliższa przychodnia jest na Służewcu, ale nie ma tam jak dojechać, bo szwankuje komunikacja. Jedyny autobus linii 192 dowozi tylko z tymczasowej pętli przy ulicy Puszczyka na Dworzec Południowy. Wspomaga go linia 192-bis. Też na Dworzec Południowy, ale z przystanku między Koncertową i Końskim Jarem.

Poruszanie się po krajobrazie Księżyca wymagać będzie od przyszłych kolonistów ostrożności, pokryta pyłem powierzchnia satelity kryje w sobie różne niebezpieczeństwa. Powierzchnia kolonizowanego Ursynowa pyłem pokryta była tylko podczas letnich upałów. Wiosną i jesienią dominującym elementem krajobrazu było błoto. Też zdradliwe.

– Jakaż była moja radość, gdy w lutym 1977 roku urzędnicy spółdzielni wskazali mi do wyboru mieszkania na Ursynowie – wspomina Krystyna Pluta w książce „Jesteśmy z Ursynowa”. – Następnego dnia, uradowana, że wreszcie będziemy z rodziną na swoim, udałam się taksówką na Ursynów. O czterech pokoleń Grochowianka i nigdy nie byłam w Lesie Kabackim, toteż Ursynów wydawał mi się trochę na końcu świata. Pogoda tego dnia była marna, przez kilka ostatnich dni padało. Kierowca taxi zatrzymał się: „dalej nie jadę!” – powiedział. Trudno, susem sarenki wyskoczyłam z auta i po łydki wpadłam w błoto. Glina przelała mi się przez botki i unieruchomiła mnie. Pan taksówkarz zaklął po warszawsku, wyciągnął mnie z zasadzki i kazał zapłacić za kurs. Powiedział, że czekać nie będzie, przecież i tak z takim błotem nie wpuści mnie do auta – kończy opowieść pani Krystyna.

Kolejnym elementem koniecznym w życiu kosmicznych kolonistów jest łączność. Bez łączności ani rusz. Jak składać raporty? Zamówienia? Jak w razie czego wezwać pomoc? Ursynowscy pionierzy też stanęli przed tym problemem. O własnym telefonie w mieszkaniu zapomnij, na razie nie podłączono jeszcze żadnej centrali. Na całym osiedlu wiosną 1978 roku jest 5 telefonów publicznych na klatkach schodowych plus jeden w dyrekcji osiedla, jeden w sklepie na Końskim Jarze i jeden na milicji – ale tam to raczej rozmowa kontrolowana.

Dzielni kolonizatorzy Księżyca będą musieli na pewno borykać się z różnego rodzaju awariami. Wysiądzie generator, zabraknie prądu, pęknie rura, coś się rozhermetyzuje. Poza tym ostatnim doświadczeniem, reszta była też udziałem pionierów z Ursynowa. Odpadające tapety, dziury w ścianach, byle jak położona wykładzina. Kuchenka gazowa tak umiejscowiona, że wszyscy lokatorzy zamawiają fachowców, aby ją przestawić – bo nijak nie idzie wcisnąć szafek ani lodówki. Spłuczka od WC podłączona przez przypadek pod pion z gorącą wodą. Na wszystko to trzeba było znaleźć jakiś sposób. U nas Houston, we have a problem nie dawało żadnego odzewu – w tej przestrzeni byliśmy skazani na swoją pomysłowość i umiejętności.

W jednym władze planujące ursynowską kolonizację z pewnością wyprzedzą menedżerów od misji kosmicznej. Na południu Warszawy mogło nie być łączności, przychodni, sklepów – ale za to była kultura przez duże K. Równolegle z otwarciem pierwszej przychodni latem 1977 roku na osiedle sprowadzono artystów, aby dziełem swych uzdolnionych rąk ozdobili to błocko przepięknymi rzeźbami.

Mogę tak wyliczać jeszcze długo, ale zrobię pauzę i w tym miejscu zaproszę Państwa na wtorek, 24 marca, na godzinę 18 do Klubokawiarni KEN 54. Tam opowiem znacznie dłużej o tym, jak wyglądała kolonizacja Ursynowa i jak bardzo miejscami przypominała problemy z Księżyca. Do zobaczenia!
Zdjęcie tytułowe z archiwum Antoniego Krzyżewskiego.










W budynku gdzie był telefon na Końskim Jarze była pralnia Nie pamiętam co było tam jeszcze Chyba była też kiedyś księgarnia Błoto pamiętam , jak się sprowadziliśmy po desce do bloku się szło To były czasy 🙂
Było: Księgarnia KAW, Dom Rodzinny, kawiarnia Derby. Dziś klasycznie: Żabka na dole, Zdrofit na górze.
No i było przedszkole do którego uczęszczałem. W latach 90′ na miejscu dwóch aparatów telefonicznych zrobiono kiosk, który był prowadzony przez rodzinę, chyba spod nr 4.
Czy mogę zwrócić uwagę co do fotografii czarno- białej z Postacią i automatem telefonicznym,może mylę się, ale to nie jest przy Końskim Jarze tylko dokladnie przy ul. Wiolinowa 6. Znam ten prześwit miedzy budynkami, od urodzenia’76,bo tamtedy dreptałam,z lewej sklep spożywczy z prawej gdzie automat byla później przychodnia oraz poczta. A co najważniejsze na końcu tego przejscia- widać ścianę zieleni, czyli trawę na górce, tych górek bylo kilka wzdłuż ulicy Wiolinowej z ktorych zimą zjezdzało się na sankach a w tleza ta sciana zieleni rysyje sie dokladny widok budynków Stokłosy ten widok mialam codziennie z okien. Natomiast przy Końskim Jarze był/jest identyczny prześwit z ta różnicą ze na jego końcu patrząc w kierunku ul. Koncertowej nie bylo wtedy ściany zieleni i takich góreki tylko pusta przestrzeń ,potem parkingi. Czy się mylę? Ponieważ wtedy na Ursynowie wszystko było wręcz identyczne.
Z pozdrowieniami Ursynowianka od ’77 roku.
To prawda, wiele rzeczy było identycznych. Pawilony przy Wiolinowej 6 i Końskim Jarze 6 też były niemal identyczne. Ten akurat jest przy Końskim Jarze, w tle za górką mamy blok przy Koncertowej 7. W pawilonie przy Wiolinowej w prześwicie było jeszcze odróżniające go od bliźniaka przy KJ6 wystające boczne wejście do pralni Alba. Co ciekawe, nadal tam jest – dziś jako boczne wejście do szkoły podstawowej.