Spośród wielu niedociągnięć, fuszerek i usterek w wielkopłytowych blokach jedna była naprawdę wkurzająca, bo i cyklicznie się powtarzała, wprowadzając w życie potężne zamieszanie. Konieczność wymiany rur.

O tej niekończącej się historii pełnej zapachu rdzy, wszechobecnego kurzu i wdzierającego się w uszy zgrzytu przypomniało mi zdjęcie tytułowe nadesłane przez Piotra Łukowskiego. – Przedstawia widok budynku ul. Puszczyka 17/19, na pierwszym planie widoczna buda robotników wymieniających (w nieskończoność) rury w okolicznych blokach – napisał autor. Zdjęcie pochodzi z 1989 roku.

Nadchodzącą apokalipsę zwiastowało postawienie na podwórku budki lub kontenera – zaplecza budowy. Takiego, jak na zdjęciu powyżej. Pakamera kryła w sobie gwintownicę, w którą robotnicy wpychali stalowe rury, uprzednio je docinając przeraźliwie zgrzytająco-piszczącą piłą do metalu. Iskry szły, że hej. W tym czasie w mieszkaniach zaczynały się przygotowania. Trzeba udostępnić piony, a więc z łazienki i kuchni demontujemy szafki, półki oraz zabudowy. Gotowe? To wkracza ekipa z młotami. Rozkuje nam stropy wokół pionów, dzięki czemu przez te kilka lub kilkanaście dni będziemy słyszeli o czym akurat mówią sąsiedzi z góry i z dołu.

Oryginalny podpis głosi: "Piotr Kubiak z Hydrobudowy-1 przygotowuje zbrojenie pala pod wiadukt". Chodzi o wiadukt Doliny Służewieckiej przy Końskim Jarze. Fot. Krzysztof Grossman, "Głos Pracy".
A przecież rury miały być jak te sztywne pale! Fot. K. Grossman

No a potem się zaczynało. Kurz kruszonego betonu, smród palników tnących żelazo, wdzierająca się do domu rdza i błocko naniesione na gumofilcach. Front robót przebiega przez każde mieszkanie w bloku. Systematycznie ekipa posuwa się z dołu ku górze. Poszli? Poszli. Dziury wokół rur uszczelnij se pan sam. A my już lecimy i do następnego razu!

Tak mogłoby wyglądać wejście do zimowej rezydencji Królowej Śniegu - a to tylko klatka schodowa, na której budowlańcom coś jesienią pociekło. I przyszła zima. Fot. Włodzimierz Witaszewski.
A jeżeli nie wymienicie rur, to skończy się tak! 1978, fot. W. Witaszewski

Rury socjalistyczne miały żywotność obliczoną chyba na dziesięć lat. I już. Po dziesięciu latach trzeba je było wymieniać. Oczywiście nie wszystkie naraz, więc w jednym roku ekipa przyjeżdżała aby wymienić pion centralnego ogrzewania, a w następnym – zimną i ciepłą wodę w łazienkach. Po kolejnych dwóch latach to samo, ale w kuchni. Parę lat później znów centralne. I tak w kółko. Mówiłem przecież: apokalipsa, ale nigdy ostateczna.

Łąka Olkówki widoczna z ulicy Puszczyka. Przed białą willą cukiernika pochylona jabłonka, a z kolei przed nią - trzy orzechy laskowe, kryjące w swych korzeniach skarby: artefakty ery przedosiedlowej. Nadesłał Piotr Łukowski.
Co z dachu widać? 1989, Puszczyka i cukiernia na Łące Olkówki. Nad.P. Łukowski

No, nareszcie koniec. Wraz z fachowcami wyjdziemy teraz na dach bloku przy Puszczyka, zaczerpniemy świeżego powietrza i w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku możemy rozejrzeć się po okolicy. To jest Łąka Olkówki, na niej cukiernia Lucrum w starej willi, obok podwórko rozebranego już dawnego gospodarstwa. Ale ten czas leci, prawda? W dzisiejszych blokach rur już się chyba nie wymienia. Woda lepsza i nie korodują? A może po prostu plastiku rdza nie bierze?

Skomentujesz? Wiesz może coś więcej? A może autor się pomylił?