Stu-stuk, stuk-stuk, stuk-stuk, stuk-stuk. Co to? Wkurzony i głodny dzięcioł poluje na korniki w starym drzewie? Nie, to odgłos latami towarzyszący każdej nowej ulicy na Ursynowie. Ulice budowano bowiem tak, jak Hitler swoje autostrady: z wielkich płyt.

W zasadzie pomysł nie był zły. Niemcy w latach trzydziestych swoje wielkie płyty odlewali specjalnie na potrzeby budowy autostrad i efekty ich pracy służą w Polsce do dziś, chociaż po osiemdziesięciu latach wypadałoby zrobić remoncik, bo przejazd krótkimi autostradami A6 pod Szczecinem i A18 przy granicy niemieckiej przypomina trochę jazdę po schodach. Przy większej prędkości byłoby to nawet Stairway to Heaven. Ale z ziem odzyskanych wróćmy na te zagospodarowane.

Skrzyżowanie Belgradzkiej z Rosoła, czyli jednopasmową prowizoryczną drogą ułożoną na płytach. W wielki świat wprowadza reklama Leclerca i wypożyczalni VHS Beverly Hills. Fot. Kuba Mędrzycki.
Rosoła róg Belgradzkiej. 2001, fot. Kuba Mędrzycki

W przeciwieństwie do niemieckich wielkich płyt drogowych, te nasze były po prostu odpadami z budowy. Wymyślone do stawiania ścian niezbyt nadawały się na podłoże rozjeżdżane przez kilkudziesięciotonowe ciężarówy i autobusy. Nie projektowano ich także do leżenia w zamarzającej wodzie, przez co każdej wiosny trwałość tego rozwiązania inżynieryjnego była poddawana ciężkiej próbie.

Nie ma co, szerokość tego przystanku na rogu Rosoła i Gandhi nie powala - ale to chyba rozwiązanie tymczasowe na czas budowy zatoczek i pasów do skrętu. Uchował się tu jeszcze stary, drewniany słup. Fot. Dariusz Kalinowski.
Przystanek przy Gandhi. 1997, fot. Dariusz Kalinowski

A nie można było po prostu zbudować ulicy – jak Pan Bóg i Pan Inżynier przykazali – na uzbrojeniu, podsypce, podbudowie i z asfaltu? Nie, bo gdyby czekać na te podsypki i podbudowy, to wytyczane ulice latami byłyby tylko błotnistymi drogami polnymi. A tu bloki wokół rosną, ludzie się wprowadzają i chcieliby pewnie jakoś do domu dojechać. Kładzie się więc nasze wielkie płyty bezpośrednio na ziemi, jedna za drugą, jak klawisze pianina i wszystko gra. Jest już prawie ulica.

Kto grał w piłkę - nie wiadomo. Wiadomo za to z grubsza, gdzie zrobiono to zdjęcie. Chyba róg Rosoła i Belgradzkiej, chociaż obie te ulice są w formie teoretycznej. Nad. Katarzyna Cichocka.
Ulica istnieje tylko teoretycznie. 1984, nad. Katarzyna Cichocka

Największą trasą ulicą zbudowaną z płyt była ulica Rosoła. Projektowano ją z rozmachem, który można zobaczyć w północnej części (dziś przemianowanej na Rodowicza). Dwa lub trzy pasy, ruchu, szeroki pas zieleni, chodniki dla bezpieczeństwa odsunięte i osłonione drzewami. Miały być jeszcze kładki, przejścia podziemne i tunele – krzyżówkę z Ciszewskiego planowano w dwóch poziomach. Sił i środków starczyło jednak tylko do Ciszewskiego.

Przystanek przy Rosoła na wysokości Ciszewskiego i klasyczne, podświetlane znaki drogowe. Fot. Adam Myśliński
Rosoła za Ciszewskiego. 1987, fot. Adam Myśliński

Zaraz za skrzyżowaniem z trzech pasów robił się jeden. Oczywiście: tymczasowo. Kiedyś się to dobuduje aż pod Las Kabacki, połączy z dochodzącą od zachodniej strony ulicą Findera (Pileckiego) i powstanie obwodnica Ursynowa z odnogą do Powsina. Tak właśnie wyglądał na papierze docelowy układ komunikacyjny.

Polna droga przy płocie to jest ulica Rosoła na wysokości Lokajskiego. Płot zagrał w serialu "Alternatywy 4". 1984, fot. Andrzej Kubik
Koniec Rosoła. 1984, fot. Andrzej Kubik

Skoro więc plan jest wielki a prowizorka mała, to natoliński odcinek Rosoła powstał po taniości, jako ułożony z płyt nierówny trakt pokryty byle jak asfaltem. W roli latarń ustawiono spotykane raczej w wiejskim krajobrazie betonowe słupy energetyczne. Rozwiązanie było oczywiście tymczasowe – z tym, że ta tymczasowość trwała kolejne 25 lat. Dopiero pod koniec pierwszej dekady XXI wieku płyty zerwano i zbudowano porządną, dwupasmową ulicę. Za trwałość i wytrwałość wielkiej płycie drogowej można jednak spokojnie przyznać status złotej.

Skrzyżowanie Rosoła z Przy Bażantarni. Trwa przebudowa i poszerzanie Rosoła. Fot. Maciej Mazur
Rosoła róg Przy Bażantarni. 2006, fot. Maciej Mazur

Tekst pochodzi z mojej książki „Czterdziestolatek. Historie z Ursynowa”. Jeżeli ktoś chciałby ją kupić w prezencie pod choinkę, to uważam, że to świetny pomysł. Do każdego egzemplarza kupionego w sklepie osiedlowego wydawcy dokładam dedykację i autograf.

Przejdź do sklepu

 

Skomentujesz? Wiesz może coś więcej? A może autor się pomylił?