To był kolejny spokojny weekendowy dyżur w redakcji „7 minut”, dziennika telewizji RTL 7. Niewiele się działo, dziennikarze zabijali czas grając w skoki narciarskie na komputerze. – Zrzuta na Chińczyka! – przerwał Małyszowe klikanie kierownik produkcji. – Zamawiamy z Wąwozowej. Robimy listę.

Wygłodniali newsów i kurczaka w pięciu smakach reporterzy złożyli zamówienia. – Ktoś zupę? – na koniec spytał kierownik, ale nikt się nie zgłosił. A więc za telefon i dzwoni do baru na bazarku przy Wąwozowej. Przekazuje zamówienie. – Telewizja RTL 7, Rosoła 10 – podaje adres. – Tak, tak. Siedem. Rosoła. – potwierdza orientalny kucharz. – Zaraz, zaraz. Zaraz będzie – zapewnił na koniec. No i zaraz było. Rosoła sztuk siedem. Parującego, pysznego, orientalnego. Dziś powiedzielibyśmy: „pho”, wówczas powiedzieli tylko „phi” i zjedli, co mieli robić. Brzuch pełen, a głodu wiadomości i tak już dziś nie zaspokoją.

Za nic mając tło geopolityczne, bary Sajgon i Ha Noi ramię w ramię ewakuowały się z ulicy Dereniowej, robiąc miejsce pod nowy blok. Fot. Maciej Mazur.
Ewakuacja Wietnamu z Dereniowej. 2008, fot. Maciej Mazur

Gastronomia popularna ma w sobie coś z wojny i to światowej. Ostatnie czasy należały do Stanów Zjednoczonych, które nowymi wcieleniami burgerów dokonały udanej ofensywy wspieranej dodatkowo przez belgijską armię frytek. Zajęły mocne przyczółki: Mama Burger na Herbsta, Bobby na Gandhi, burgerownia przy pętli Natolin, kolejna przy wyjściu ze stacji Stokłosy. Sporo tego. Amerykańska kuchnia rozpanoszyła się trochę kosztem bliskowschodniej: rządzące dotychczas ulicznym jedzeniem kebaby i falafele musiały ustąpić nieco pola, choć przyczółki na Belgradzkiej, Dereniowej przy kościele i sieciówka Kebab King trzymają się mocno. Złota era kebabu to jednak początek XXI wieku. A wcześniej? Wcześniej niepodzielnie rządziła kuchnia dalekowschodnia: chińska i wietnamska, w odczuciu większości klientów zlewająca się w jedność. Niesłusznie!

Dawniej na Rosoła, dziś na Kulczyńskiego, w miejscu kultowego baru Sedar. Chińska knajpa Jin-Ren wciąż w służbie Ursynowian. Fot. Adam Burakowski.
Chińczyki trzymają się mocno. 2012, Jin-Ren na Kulczyńskiego. Fot. Adam Burakowski

Lokalowi Jin Ren, który wywodził się bazaru z początku niniejszej opowieści, a pełen rozkwit przeżywał w pawilonie przy Rosoła koło Mandarynki, niejeden bywalec przyznałby chętnie gwiazdkę Michelin. To była kuchnia chińska pełną gębą. Podawana na sposób chiński (z grubsza) i pozostawiająca trwałe wrażenia w postaci uczucia sytości wychodzących klientów oraz zapachu ich odzieży. No cóż. Taka już atmosfera panowała w tym lokalu. Podbiwszy okolice Rosoła, szefowie postawili na ekspansję osiedlową – przenieśli restaurację do pawilonu spółdzielni na Kulczyńskiego. Ale to już zdecydowanie nie było to.

Bar Ha Noi znika za płotem. Szkoda. Poza pysznym jedzeniem było tu Królewskie za 5 złotych. Fot. Maciej Mazur.
Ostatnie zamówienie w Barze Hanoi. 2008, fot. Maciej Mazur

Lokalny Sajgon i Hanoi w jednym mieściły się z kolei na rogu Dereniowej i Płaskowickiej – w miejscu, gdzie stoi dziś wielki blok z adresem Dereniowa 2. Do 2008 roku istniał tam parking, przy parkingu stały dwie blaszane budki, a w nich zapach niczym na targu jedzeniowym w mieście Ho Chi Minha. A dlaczego akurat Sajgon i Hanoi? Bo tak się nazywały te dwa sąsiadujące ze sobą bary. Taka paralela historyczna sięgająca lat pięćdziesiątych, a obaj skończyli jak Francuzi pod Dien Bien Phu.

Szyld na dachu głosi HANOI, dewiza pod nim sławi już pizzerię, której "sekretem jest nie tylko ciasto". Ale niestety. Tu już jeść nie dają. Ani południowo ani wschodnio. Fot. Maciej Mazur
Hanoi, Italia? Bar za Megasamem. 2017, fot. Maciej Mazur

Pozostał po nich tylko wspomnień smak, więc jeżeli ktoś pragnie takiej kuchni, musi pojechać na Cynamonową – w dwupiętrowym ni to segmencie ni pawilonie na tyłach Leclerca prężnie działa „Wietnamski Bar Restauracyjny May May”, który ma swoich fanów dających się za lokal pokroić niczym ich flagowe danie, kurczak po seczuańsku. Co może ciekawe, Wietnamczyk przejął lokal, który w poprzednim wcieleniu nosił nazwę „Bar Kartagina”. No ale Kartagina – co też wiemy z historii – musiała być zburzona. Takie są przecież prawa wielkiej wojny, także tej gastronomicznej.

Smaczna historia? Spokojnie, dokładki przewidziano. Kto ma ochotę na więcej, niech koniecznie sięgnie po moją książkę „Czterdziestolatek. Historie z Ursynowa” dostępną w sklepie u osiedlowego wydawcy. Osobiście wpisuję dedykację z autografami. A kolega wydawca dorzuca ze swej strony gratis album „Witajcie na Ursynowie”. Także bardzo proszę tędy:

Przejdź do sklepu

 

Skomentujesz? Wiesz może coś więcej? A może autor się pomylił?