Wszystko zaczyna się od wielkiego finału NBA w roku 1991, kiedy Chicago Bulls rozbijają Los Angeles Lakers. Tytuł najlepszego gracza (MVP) pierwszy raz zdobywa wówczas Michael Jordan, zastępując w panteonie gwiazd inną legendę koszykówki, Magica Johnsona – dla którego był to finał ostatni w karierze. Ale co to ma do Polski?

W złotej erze NBA kosze wieszano wszędzie, także w towarzystwie nieco większych koszy. Zapach nie był istotny. Fot. Maciej Mazur
Pamiątka po NBA na Końskim Jarze. Rok 2006, fot. M. Mazur

Otóż ma bardzo wiele, o czym doskonale wiedzą ci, którzy zarywali noce, aby bladym świtem śledzić w TVP (tak, tak – kto wówczas słyszał o Canal Plus Sport) transmisje z kolejnych spotkań. I tak zachodni wiatr wielkich zmian przywiał na ursynowskie ulice bakcyla koszykówki. Na co drugim podwórku wyrósł żelazny kosz na metalowej nodze. I nic to, że stawiano je na ogół pośrodku trawnika, który z parkietem NBA niewiele miał wspólnego. Liczył się przecież sportowy duch, a ten każdą przeciwność pokona. Jeżeli akurat nie było miejsca na udeptanym skwerze, kosz można było powiesić gdziekolwiek bądź – choćby na śmietniku.

Na lekcjach WF stare, dobre gry w zbijaka i dwa ognie odeszły do lamusa. Zbijaka nikt w telewizji przecież nie transmitował. Teraz liczył się tylko dwutakt i rzut za trzy, którego mistrzowie cieszyli się zasłużoną szkolną popularnością. Było prawie jak w amerykańskim serialu „Beverly Hills 90210”, też do obejrzenia w TVP. No ale cóż, Polska codzienność to nie amerykański serial, a i Ursynów to niestety nie Beverly Hills.

Mecz był tak zacięty, że aż tablica od kosza nie wytrzymała tych intensywnych rzutów za trzy. I tak już od pewnie jakiegoś '98 roku smętnie zwisa za pocztą na Dunikowskiego. Fot. Maciej Mazur.
Stare boisko na Dunikowskiego, 2016. Fot. M. Mazur

Osiedlowe kosze za dnia służyły naśladowcom Michaela Jordana, ale już wieczorami swoich sił próbowali tam przedstawiciele innej dyscypliny – jeszcze niezbyt wówczas popularnego strongmaństwa – którzy podciągając się na obręczy i mocując z tablicą, przekreślali trud władz spółdzielczych krzewiących kulturę fizyczną zgodnie z wzorcami zza Oceanu. Z biegiem czasu strongmani wygrali z koszykarzami i z samymi koszami również. Najpierw poznikały siatki. Potem oderwane obręcze. Czasem gdzieniegdzie zachowała się jeszcze smutna tablica na solidnie wbetonowanej żelaznej nodze. Wiatr zmian wiał dalej. Transmisje NBA wywiało do płatnych telewizji, osiedlowe kosze zarosła trawa. A w NBA gra się dziś tylko na konsoli. Trochę szkoda, prawda?

Tekst jest fragmentem książki „Czterdziestolatek. Historie z Ursynowa”. Gdybyście mieli ochotę na więcej, to serdecznie polecam zakup w sklepiku ursynowskiego wydawcy. Do każdego egzemplarza dorzucamy autograf autora i w prezencie album „Witajcie na Ursynowie”.

Przejdź do sklepu

 

Skomentujesz? Wiesz może coś więcej? A może autor się pomylił?