Mawiają, że czarny PR to wymysł nowych czasów i wymaga specjalistów pokroju… no, sami już wiecie, jakiego pokroju. A gdzie tam, bzdura! Dowodem niech będzie slogan „Lody w Zbychu kupujesz – salmonellą się zatrujesz”, który w połowie lat osiemdziesiątych powielony w kilkunastu kopiach zawisł na klatkach schodowych bloków trójkąta Lachmana-ZWM-Bacewiczówny.

Chodzi w nim o bar „Zbych”, który prężnie działał w suterenie bloku przy Lachmana 6. Miejsce było znane na cały Ursynów. Dzieciarnia tłumnie waliła na rurki z kremem i lody włoskie z automatu, nieco starszych kusiły automaty do gry. Nie, nie mamy na myśli jednorękich bandytów, którzy dziś w różnych podupadających kioskach wyciągają ostatnie drobne z kieszeni desperatów mamiąc mirażami wielkich wygranych, choć oficjalnie to przecież maszyny o niskich wygranych. Zbych nie pretendował do Las Vegas, Zbych i tak był wygrany, bo stawiał raczej na Tokio – wzorem japońskich salonów gier wideo (arcade) ustawił trzy maszyny oferujące takie tytuły, jak „Donkey Kong”, czy „Mario Bros”. Wrzucało się monetę z Marcelim Nowotką o nominale dwudziestu złotych i można było sobie grać do woli – czyli do napisu Game Over. Raj, prawda?

Lachmana 6. W miejscu sklepu spożywczego kiedyś był Bar Zbych, podstawowa instytucja zaopatrująca młodzież w lody i rurki. Fot. Maciej Mazur.
Tu byłem. Zbych. Rok już 2007. Fot. Maciej Mazur.

To czemu ktoś sobie zadał tyle trudu, aby robić Zbychowi czarną propagandę? I tu dochodzimy do pewnej delikatnej kwestii, co do której wszyscy bywalcy baru są zgodni: jego właściciel był osobą dosyć szorstką w obyciu. Do klientów także, a do małoletnich to już zwłaszcza. Sam pamiętam, że wydanie wydębionych od rodziców drobnych na lody było dla sześciolatka sporym przeżyciem – bo choć te rurki i lody kusiły, nigdy nie wiadomo było, w jakim aktualnie humorze jest właściciel. Uśmiechnie się, a może coś odburknie, albo wręcz pogoni? Podobne wspomnienia miał autor owego czarnego PR, czyli Paweł Perzyna – mieszkaniec okolicy. Po kilku utarczkach z właścicielem, nakreślił slogan flamastrem na paru kartach i powiesił w bloku. Jakże się zdziwił, gdy kilka dni później jego hasło – przepisane już porządnie na maszynie – pojawiło się na większości klatek schodowych w okolicy.

Saturator Polar S1, fot. Allegro.pl
Saturator Polar S1

Powiedzmy sobie szczerze jeszcze jedno: lody włoskie w rożkach waflowych za PRL to nie były lody z Neapolu, tylko raczej warszawskich Włochów. Składały się z masy mleczno-wodnej barwionej i doprawianej lekko smakiem wanilii. W nowych czasach nie mogły wytrzymać konkurencji z rożkami Algidy, szorstkość obycia właściciela Zbycha także nie przysparzała mu nowych klientów. Lokal padł, Mario napisał Game Over, ale ponoć przedsiębiorca miał jeszcze jedno biznesowe życie – prowadził kwiaciarnię na targowisku Na Skraju. Wyciągnął wnioski z tego, że jego bar wzięty, zmienił nastawienie i wszyscy żyli długo i szczęśliwie… A przynajmniej tak twierdzą ci, którzy – jak w jednej piosence – lubili Zbyszka.
Tuż obok, w suterenie bloku ZWM 5, działało też Oczko. Kawiarnia, która dziś nawet miałaby szanse: lody, kawa, herbata, ciastka i napoje. Wtedy – za socjalizmu – przetrwała jednak ledwie kilka lat. Może konkurencja była zbyt silna, bo i Zbych i Cafe Metro? A może jednak próba urządzenia salonu w piwnicy od początku była skazana na porażkę? Klienci łzę z oczka ronią dziś wspominając głównie pyszny napój firmowy, serwowany z wielkiej szklanej bańki kryjącej w środku fontannę rozkoszy o smaku pomarańczowym. Lub przynajmniej lekko zalatującym pomarańczą.

Dawno, dawno temu w miejscu Pyrylandii na ZWM działała kawiarnia "Oczko". Mała i sympatyczna. Fot. Maciej Mazur.
Dawne Oczko. Rok 2007. Fot. Maciej Mazur.

Przy okazji Oczka jeszcze dykteryjka osobista: swego czasu ojciec zabrał mnie tam na lody. Lat miałem pewnie siedem, może osiem. Lody były klasycznymi Bambino z papierka, ale zmrożonymi na kość. Mając w pamięci rady babci i mamy (tylko nie przeziębiaj się!) wpadłem na genialny pomysł: do zmrożonych lodów zamówiłem gorącą herbatę, popijając nią każdy kęs Bambino, aby zachować odpowiednią temperaturę. Jak myślicie, co było dalej? Tak jest. Mama była niepocieszona, bo niedługo po wizycie w Oczku czekała nas też wizyta u lekarza.

Powyższy tekst jest fragmentem książki „Czterdziestolatek. Historie z Ursynowa”. Gdybyście mieli ochotę na więcej równie smacznych wspomnień, to polecam książkę w sklepie ursynowskiego wydawcy. Dodajemy w prezencie album „Witajcie na Ursynowie” i autograf autora.

Przejdź do sklepu

 

Skomentujesz? Wiesz może coś więcej? A może autor się pomylił?