Zima w mieście

Zimy dwudziestego pierwszego wieku zdecydowanie rozleniwiają. Zazwyczaj schemat jest prosty. Najpierw loteria, czy spadnie śnieg na Święta, potem do Sylwestra miły chłodek, na Nowy Rok ciut śniegu i lekkie uderzenie mrozu. Czyli do minus dziesięciu przez kilka dni. Potem znowu jakaś odwilż i tak się wozimy do połowy lutego, kiedy zima postanawia jeszcze nieco pośnieżyć i przymrozić, zanim w marcowym błocie wyda z siebie ostatnie tchnienie i rozpuści śnieg ujawniając czyhające pod nim zmrożone psie miny. Ale kiedyś… Kiedyś, Panie dzieju, to były zimy!
Zimę Stulecia z początków 1979 roku niewielu Ursynowian pamięta – a jeżeli już pamiętają, to wspomnienia nie dotyczą raczej Ursynowa, sięgającego wówczas ledwie do ulicy Ciszewskiego. Lata osiemdziesiąte – a to już w historiografii Dzielnicy okres znacznie lepiej udokumentowany – utrzymały ochłodzenie. Chłodem wiało z ekranu telewizyjnego, mróz dął od wschodu a po pustych sklepach hulał wiatr. Mrozy po minus piętnaście stopni utrzymywały się całymi dniami, a gdy robiło się ciut cieplej, kotłował śnieg. Tak było – ostatnia taka zima to rok 1987. Strasznie? E tam – strasznie. Wszystko zależy od punktu widzenia.
Dla dzieciarni spadek temperatur, za którym nie nadążały elektrociepłownie, oznaczał skrócone, półgodzinne lekcje. Szybko odfajkowując szkołę, można było pędzić na sanki. Więcej o geografii szczytów piszemy w haśle „Górki” tu zajmijmy się więc sprzętem. Poza tradycyjnymi sankami w wersji drewnianej (pełna opcja zakładała sanki z oparciem) lub metalowo-drewnianej (idealne do jazdy na śledzia – czyli głową w przód, bez hamulców i na złamanie karku w dół) wybrańcy mieli sprzęt-marzenie, czyli wyposażone w kierownicę, miękkie siedzenie i hamulce – nartosanki. Ciężkie jak cholera, ale jaki prestiż! W wersji ekonomicznej do zjeżdżania z górki służyły także plastikowe formy przystosowane do posadzenia w nich tyłu - coś jak późniejsze „jabłuszka” – lecz większe, cięższe i ze sznurkiem do wciągania pod górę. Najśmielsi komandosi ursynowskich gór pędzili w dół stoku na nadmuchanej dętce od traktora, lub – dających doskonały poślizg po urwaniu uchwytu – drzwiach od lodówki.
Zima w mieście to również Choinka. Nie chodzi tu jednak o poszukiwania drzewka do domu (to jeszcze opiszemy, bo to zupełnie inna historia) ale Choinka jako pozbawione podtekstów religijnych świąteczne spotkanie w zakładzie pracy przeznaczone dla dzieci pracowników. Na spotkaniu dyrekcja dokonywała dystrybucji darów ze Związku Radzieckiego. Podobne dary przychodziły też do przedszkoli, zerówek i szkół. Paczki z ZSRR zawierały najczęściej toporne zabawki, jak na przykład samochodzik typu Zaporożec (w starej wersji z wlotami powietrza jak w myśliwcu) i wybór paskudnych słodyczy. Wraz z początkiem pieriestrojki paczki przestały przychodzić i jedynym osłodzeniem – lub skwaszeniem, zależy od sortu – zimy były transporty cytrusów z Kuby.
Z początkiem wolności nadeszła też odwilż. Zima przestała straszyć niskimi temperaturami, telewizja Bundeswehrą – w zamian zaczęła kpić z biednych drogowców. Jedno się nie zmieniło. Te sanki metalowo-drewniane w których człowiek zasuwa na śledzia w dół stoku.

Autor: Maciej Mazur, 2009

Etykietowanie: