Zima stulecia

Sylwester roku 1978 to niezapomniana data – i to nie tylko dlatego, że kończył się właśnie stary rok, a zaczynał nowy. Wraz z nowym zaczynało się bowiem coś, co będzie tematem opowieści i wspomnień przez długie lata. Z nieba spadła nam zima stulecia. To może po kolei? Proszę bardzo. Oto opowieść Barbary Mąkosy-Stępkowskiej, która na sylwestrową imprezę zaproszona była na Ursynów.
„Przyjaciele dostali mieszkanie na Puszczyka 20. Co to była za radość - jakby Pana Boga złapali za nogi i trzymali bardzo mocno! I oczywiście była chata na Sylwestra, a my – wówczas roczna zakochana para, a dzisiaj małżonkowie z trzydziestoletnim stażem małżeńskim i dwudziestoczteroletnim stażem na Ursynowie - mieliśmy dowieźć „szkło” w postaci dwu butelek wódki (chyba kartkowej) i wody mineralnej (wówczas w szklanych butelkach, które podobno od czasu do czasu wybuchały). Umówiliśmy się o godzinie 17-tej w mieszkaniu mojej mamy na ul. Nowotki (dzisiaj Andersa), czyli jak mówiły okoliczne dzieciaki – na Nowotkach. Mój zapobiegliwy dzisiejszy mąż po dokonaniu na Królewskiej, gdzie mieszkał, wstępnej oceny warunków atmosferycznych i stanu komunikacji miejskiej, postanowił przyjść po mnie już o 15-tej (bez uprzedzenia, bo na telefon czekało się w Śródmieściu ponad dwadzieścia lat i wciąż byliśmy bez szans). Stawił się z bukietem cyklamenów z okazji rocznicy naszego poznania, zawiniętym szczelnie w cztery papiery i całym zapasem „szkła” na Sylwestra. Już o 15.30 rozpoczęliśmy pieszy marsz na Plac Wilsona (tak mówili starzy warszawiacy, bo oficjalnie był to Plac Komuny Paryskiej), gdyż z tego miejsca odjeżdżał na Ursynów (teoretycznie) pospieszny autobus „A” . Brnęliśmy przez śniegi (śnieg też cały czas padał). O godzinie 20-tej jeszcze autobusu nie było i podjęliśmy męską decyzję, że w ramach surwiwalu naruszymy „szkło”. Wtedy po raz pierwszy i ostatni w życiu piłam wódkę „z gwinta” pod kaloryferem (czynnym!) jednego z pobliskich domów. Woda mineralna w szklanych butelkach dawno zamarzła, ale nie wybuchła! O godzinie
21-szej przyjechał autobus (nikt już nie wierzył, że to się stanie i jak się pojawił – myśleliśmy, że to fatamorgana śnieżna). Zostałam wepchnięta z tłumem do środka, okulary zaparowały i mój partner z oddali rozpaczliwie krzyczał: „Basiu – jesteś?” Byłam i (to) nawet siedziałam wepchnięta w fotel, z dwójką obcych dzieci na kolanach. Tak „uziemiona” jechałam, co było szczytem komfortu w porównaniu do sytuacji Pań, które w długich sukniach próbowały zatrzymywać – jak taksówkę - pługi śnieżne (niektórym się udało). Na Placu Bankowym (wtedy Dzierżyńskiego) kierowca po raz pierwszy stanął i wtedy tłum oczekujących rzucił się na autobus i niestety wybito nawet szybę. Niedzisiejszy Pan Kierowca, który przejawiał pełną determinacji obywatelską postawę i zamierzał jednak, pomimo wszelkich trudności, dotrzeć na Ursynów, wspierany przez pasażerów (napisali mu oświadczenie, że to nie on tę szybę stłukł), ruszył dalej i dowiózł nas do samego Ursynowa. O godzinie 23.55, a więc po niemal 9 godzinach podróży z Muranowa na Ursynów, stanęliśmy pod klatką na Puszczyka 20, szybko wbiegliśmy na najwyższe piętro i punktualnie o 24.00 pojawiliśmy się w drzwiach mieszkania naszych przyjaciół (cali i zdrowi i w dodatku ze „szkłem”). Tam poznaliśmy wielu nowych znajomych, bo z pierwotnej listy gości tylko nam udało się dotrzeć na Ursynów. Dzisiaj nasi przyjaciele mieszkają w Szwecji, gdzie zastał ich stan wojenny, a my nadal na Ursynowie i tak już pewnie zostanie. Ach co to była za zima i co za Sylwester! I my jacy młodzi!” – kończy Barbara Mąkosa–Stępkowska. Ba! Dziś, gdy życzymy sobie „niezapomnianego Sylwestra”, o aż takich emocjach nie myśli chyba nikt.
No to jeszcze jedna opowieść. Tym razem Rafał Włoczewski, który w grudniu 1978 roku mieszka w bloku przy Sosnowskiego: „Już gdy wychodziłem na Sylwestra czułem, że coś się święci. Na imprezę zaproszony byłem na Stegny, na Bonifacego. Po poudniu zaczął padać gęsty śnieg. Wyjątkowo długo czekałem na autobus (177 – przyp. red.). Minęło pół godziny i zziębnięty postanowiłem iść piechotą. Wzdłuż Herbsta, Jastrzębowskiego i puściusieńką Doliną Służewiecką. Wiele osób – pamiętam – szło, bo komunikacja zaczynała już szwankować. Na miejsce dotarłem nieco przemoczony. Warunki były ciężkie, to i Sylwester z noclegiem. Rano nie poznaliśmy okolicy. Przypominała białą pustynię. Śniegu napadało tyle, że niemal przykryło zaparkowane samochody. Dopiero późnym popołudniem pługi jakoś przebiły wąski przesmyk na Ursynów i mogłem – oczywiście pieszo – wrócić do domu. Następnego dnia nie poszedłem do szkoły, bo liceum miałem w Śródmieściu, a dojechać się nie dało. Zresztą zajęcia były odwołane jeszcze przez kilka dobrych dni.”
I to dopiero była zima – o czym warto pamiętać, gdy dziś zewsząd słychać narzekania na niewystarczająco odśnieżone drogi albo na lekko spóźniający się autobus. – Skandal, Panie! – narzekają kierowcy. Kiedyś to… właśnie. Kiedyś to były zimy, a nikt nie narzekał.

Autor: Maciej Mazur, 2010

Etykietowanie:

Pewnie właśnie tak tu było...

...skoro impreza była na Puszczyka 20, to w sumie z Dworca Południowego nie jest aż tak daleko.

Autobus A

W latach 70-tych autobus A kończył bieg na Dworcu Południowym (obecnie metro Wilanowska) i nie dojeżdżał na Ursynów. Więc pozostało jeszcze kilka kilometrów spaceru.