Zerówka

Ubrali mnie pięknie. Rodzice przygotowali granatowe pepegi, długie białe skarpety, krótkie spodenki (ciepło było) i kraciastą koszulkę. Do jednej ręki dali worek na kapcie, do drugiej torbę ze śniadaniem. Tak wyposażony poszedłem pierwszy raz do szkoły. Prawie szkoły, bo to była zerówka. Nie wszyscy przez nią przechodzili, bo w latach osiemdziesiątych było jak za rządów PiS: chcesz iść w wieku sześciu lat do pierwszej klasy – droga wolna, ale właściwy kierunek ruchu prowadzi przez piwnicę. Piwnicę, bo właśnie w piwnicach i suterenach mieściła się spora część ursynowskich zerówek. A nie można było w szkole? Wolne żarty. Szkoły pracowały na dwie lub trzy zmiany i pękały w szwach. A w przedszkolu? W przedszkolu to samo a nawet gorzej – bo tu nie da się wprowadzić systemu zmianowego. Pozostały więc tylko środki przejściowe, czyli zerówki gdziekolwiek bądź: poza piwnicami w grę wchodziły adaptowane suszarnie, pomieszczenia klubów mieszkańców czy też (w wersji luksusowej) pawilony osiedlowe w części przeznaczanej na usługi. W sumie to dzieci chodzą tam tylko rok, więc jakoś się przemęczą i jak miło powitają dzięki temu szkołę!

Moja zerówka mieściła się w podziemiach bloku przy Symfonii 4. Z zewnątrz wygląda tak samo, nawet nadal chodzą tam dzieci – od lat działa tam prywatne przedszkole. Dziś piękne i nowoczesne, w mojej pamięci ta suterena wyglądała trochę inaczej: ciemnawa szatnia i cztery spore pokoje przerobione na klasy lekcyjne. Do tego dwa pomieszczenia: ślepe, ciasne i bez okien. W końcu to podziemia. Tam się bawiliśmy w chowanego lub panie puszczały nam slajdy z bajkami. Pierwszy dzień edukacji nieco mi się dłużył, ale potem było już weselej. Dostaliśmy książki „Mam 6 lat” i odbywała się codzienna nauka czytania i pisania przerywana co jakiś czas ćwiczeniami gimnastycznymi: pamiętacie hasło „wkręcamy żaróweczki”?
Moja edukacja zerowa odbywała się w roku 1983, co nie jest bez znaczenia nie tylko dlatego, że Ursynów też wówczas miał sześć lat i cierpiał na choroby wieku dziecięcego. Historycznie był to rok zniesienia stanu wojennego i władza sporo robiła, aby pokazać dużym i małym obywatelom, że wracamy do normalności wszystko idzie ku dobremu. W okolicy Bożego Narodzenia w zerówce zorganizowano gwiazdkę. Przyszły prezenty, ale nie przyniósł ich Święty Mikołaj, tylko Dziadek Mróz. Bo te prezenty były ze Związku Radzieckiego. Najfajniejszy był wielki model niebieskiego Zaporożca – to taki ówczesny samochód z bocznymi wlotami powietrza upodabniającymi go trochę do samolotu myśliwskiego. Podobnie jak w samolocie, w tym produkcie motoryzacyjnym było też ciasno, smrodliwie i piekielnie głośno. Ale o tym wiedzieli starsi, nam oczy zaświeciły się do Zaporożca. Abyśmy się nie pozabijali, panie wychowawczynie wybrały wyjście zgodne z duchem epoki i pochodzeniem auta: zostało skomunalizowane, czyli trafiło na półkę w naszej sali. Dziewczyny dostały ze Związku Radzieckiego chyba takie paskudne plastikowe lalki – jakieś zające czy coś podobnego. Niespecjalnie się przyglądałem. Poza Zaporożcem i lalkami sowiecka paczka pełna była cukierków, które dorosłym przypomniałyby pierwsze doświadczenia z komunizmem: opakowanie zachęcające, pierwsze kęsy obiecujące, a zawartość zdradliwa. To nie były najwyższej klasy słodycze, to pewne. Ale po dostępnych w sklepach wyrobach czekoladopodobnych ruskie cuksy smakowały znakomicie. Chociaż szczerze mówiąc, to ten szczególny przypadek, gdy niektóre wspomnienia po latach nie wydają się już takie słodkie.

Autor: Maciej Mazur, 2016

Etykietowanie: