Wielobranżowy sklep

Sklep, czy raczej pawilon wielobranżowy to wymarły dziś rodzaj placówki handlowej. Wymarły przynajmniej w dużych miastach, bo gdzieniegdzie na prowincji sklepy „Art. Przemysłowe” jeszcze można spotkać. W przypadku Ursynowa mówimy o sklepach prowadzonych przez mokotowski oddział SPHW (Stołeczne Przedsiębiorstwo Handlu Wewnętrznego) umieszczonych zwykle w pawilonach zaprojektowanych dla Podstawowego Zespołu Usługowego. Sklepy wielobranżowe, czasem zwane również „1001 drobiazgów” istniały na przykład w pawilonie przy Pasażu Imielińskim 11, przy Szolc-Rogozińskiego, czy w tylnej części Megasamu. Oferta nie była raczej porażająca, a w obliczu dotkliwych braków rynkowych – wręcz mizerna. W dziale odzieżowym zwykle wisiały szare ubrania, ortalionowe kurtki, niemodne garsonki, garnitury dziecięce na zapisy (te nie wisiały). W dziale obuwniczym na ogół nie było niczego, co pozwalało obserwować pewną innowację techniczną – półki przeznaczone na buty kończyły się czasem uchylną klapką, przez którą z zaplecza miano uzupełniać braki danych par. Ale co tu uzupełniać, skoro brak był podstawowym towarem.
Sklepy wielobranżowe oferowały również miski, wiadra, szczotki, baterie (Centra), żarówki (Polam) i artykuły papiernicze. Dział AGD świecił na ogół pustkami – chyba, że akurat w ramach pomocy ze Związku Radzieckiego rzucono pralkę automatyczną „Wiatka”. I tu pojawiał się dylemat – czekać na nieosiągalny automat marki Polar PS 663 BIO, czy brać Wiatkę? Nie ma ryzyka, nie ma zabawy – ale co to za zabawa, gdy nie ma towaru.
Sklepy wielobranżowe czasem wynajmowały również małe powierzchnie prywatnej inicjatywie – na przykład na repasację pończoch i podnoszenie oczek (Bacewiczówny 8). To taki rodzaj kompletnie dziś zapomnianej usługi – jak byśmy ją określili nowocześnie – „rewitalizacji” dziurawych rajstop.
Mizerną ofertę spod znaku SPHW uzupełniały małe sklepiki ajencyjne, jak Pstryk, które z tytułowych „1001 drobiazgów” miały na stanie chociaż jedną dziesiątą. Ale przynajmniej miały.
Pawilony wielobranżowe zginęły w połowie lat dziewięćdziesiątych, wraz z pojawieniem się pierwszych hipermarketów. Tam drobiazgów było już znacznie więcej niż tysiąc a i oferta branżowa nieco się poszerzyła. I dobrze. Bo akurat Wielobranżowych wcale nam nie szkoda. I tylko pani repasująca pończochy wzdycha pewnie do tych oczek.

Autor: Maciej Mazur, 2008

Etykietowanie: