Węzeł Rzymowskiego

Są takie budowle, które po prostu nie mają szczęścia. Nie mają i już. Powstają latami, spadają z harmonogramów, oddane pełne są usterek, a ich użytkowników prześladuje pech. Jedną z takich budowli jest węzeł drogowy na skrzyżowaniu Puławskiej i Rzymowskiego – tak, ten pierwszy ślimak prowadzący na Ursynów. Historię ma długą i obfitującą w zdarzenia tragiczne. Ale po kolei.
Zamierzenie było od początku ambitne. Jak na siły dogorywającej gospodarki Gierka nawet zbyt ambitne. Dziś może trudno w to uwierzyć, ale wówczas było to największe skrzyżowanie w Warszawie i pierwszy węzeł trzypoziomowy. Na projekcie obok widać, że pętla tramwajowa miała być przesunięta pod bramę Wyścigów (z tego zrezygnowano najszybciej). Wzdłuż Smródki miało powstać przejście podziemne z pasażem handlowym a nie tylko przepust wodny. No i wszystko miało być gotowe w trzy lata.
W czerwcu 1977 roku „Express Wieczorny” donosił: „Rozpoczęto budowę wielkiego węzła komunikacyjnego – bramy wjazdowej do Ursynowa-Natolina.” Przez pierwszy rok robota paliła się w rękach. W październiku 1978 z ziemi wyrosły filary, a prasa optymistycznie zapowiadała: „Już niedługo podziwiać będzie można lekkie betonowe estakady, rozjazdy i tunele, które usprawnią ruch w tej części miasta”. Na 22 lipca 1979 oddano do użytku obie jezdnie Puławskiej a prace postępowały tak sprawnie, że wydawało się, iż za rok wszystko będzie gotowe. I w tym momencie Deus Ex Machina pojawia się Pech. Właściwie to nie żaden pech, tylko socjalistyczne planowanie. Siły i środki skierowano na inny front robót a – używając języka młodzieżowego – cały ten rozpierdziel pozostawiono tak, jak stał. Z rusztowaniami w prawie gotowym tunelu, z prawie gotowymi estakadami. Prawie, bo na przykład bez części środkowej. I tak sobie to postało przez Zimę Stulecia aż latem 1980 roku na plac budowy skierowano… kogo? Jak to – kogo. Wojsko!
Jeszcze raz „Express Wieczorny”, sierpień 1980 (jeszcze przed Tym Sierpniem): „Dzięki pomocy jednostek inżynieryjnych Wojska Polskiego wznowiono budowę trzypoziomowego węzła komunikacyjnego na skrzyżowaniu Puławskiej i Rzymowskiego (…) powinien być gotowy w pierwszej połowie lipca 1981”. Akurat. Ani w pierwszej ani w drugiej ani nawet w trzeciej.
Na budowę wracamy wraz z reporterami dopiero w lutym 1982. Wojsko Polskie ma teraz ważniejsze sprawy na głowie, niż ratowanie zamierających inwestycji. „Powrót logiki w budownictwie” – ogłasza „Express” i składa meldunek: „Przede wszystkim kończyć to, co się rozpoczęło! Taka zasada wreszcie obowiązuje warszawskich drogowców.” Gazeta ujawnia, że budowa stała, bo wykonawca zajęty był wykonywaniem Trasy Toruńskiej. Ale na szczęście już wraca (wraz z logiką) i pada kolejny termin zakończenia prac. Sierpień 1982.
W sierpniu dziennikarze rozłożą jednak bezradnie ręce i zanotują: „Węzeł to zamrożone od lat dziesiątki milionów złotych, godzin roboczych i tysiące ton cementu, stali, kilometry kabli. (…) Na budowie snuje się paru ludzi, parę spychaczy i zrówniarek, które kształtując skarpy… niszczą przy okazji ułożone przed laty krawężniki i chodniki. (…) Ten półmartwy plac budowy, na którym stoi więcej spawarek niż jest robotników, powinien być ostrzeżeniem, że nie należy rozpoczynać budowy węzłów, zanim się nie rozwiąże takich problemów, jak dostawy potrzebnych materiałów i nie zapewni rzetelnych wykonawców. (…) By zakończyć tę zabytkową już budowę, potrzeba trzech do czterech dni pracy”. Kończmy więc. Zamiast czterech dni potrzeba było dwunastu. Miesięcy. W połowie 1983 roku węzeł wreszcie oddano. Uff.
Pech jednak zadomowił się tu na dłużej. Wraz z upływem czasu coraz bardziej zapadała się jezdnia Puławskiej. Po dwudziestu latach nad przepustem Smródki pojawiła się tak zwana „hopka”, czyli coraz wyraźniejszy uskok jezdni. Przy szybkiej jeździe wyskok na hopce kończył się na poboczu. I tu zaczyna się historia tragiczna. W 2005 roku w ciągi kilku dni giną trzy osoby – w tym mężczyzna zapalający znicz na miejscu śmierci swojego kolegi. Znajomi jednej z ofiar w demonstracji blokują przejazd Puławską. Zarząd Dróg obiecuje wyrównać jezdnię, ale stawia tylko znak ograniczenia prędkości. Mijają trzy lata. W kwietniu 2008 Ferrari z dwoma dziennikarzami na pokładzie, w tym Maciejem Zientarskim, wypada na hopce z drogi i trafia w słup. Zientarski przeżyje, jego kolega – nie. O hopce robi się głośno. Po kilku tygodniach w ciągu jednej nocy drogowcy wyrównują jezdnię. Hopka przypomniała jednak, że nad tym węzłem ciąży fatum. Albo zwykły pech. Wkrótce konieczny pewnie będzie remont. Ciekawe, ile potrwa.

Autor: Maciej Mazur, 2009

Etykietowanie: