Budki przy Wąwozowej

Właściwie, to nie żadne „budki” tylko jeden kontener w kształcie litery „C” pełen blaszanych boksów. A w nich wszystko, co potrzebne do życia. Była gastronomia, rozrywka, świeża prasa i jeszcze odrobina hazardu. I komu to przeszkadzało – można by tu zapytać, ale chyba jest to pytanie nie na miejscu. Bo niestety, epoka stalowych kontenerów zdecydowanie się kończy. W wymiarze ursynowskim rozpoczęły ją ustawione jeszcze w latach siedemdziesiątych kontenery SPHW przy Beli Bartoka. Rozwiązanie to okazało się ponadczasowe. Socjalizm się skończył, nastał nowy ustrój gospodarczy, a kontenery wciąż były niezbędne. Wciąż bowiem popełniano ten sam błąd, czyli najpierw stawiano bloki, a potem myślano o ich mieszkańcach. I tak dochodzimy do sedna tej opowieści, czyli budek przy Wąwozowej. W początkach lat dziewięćdziesiątych w pierwszych wielkopłytowych blokach Osiedla Kabaty mieszkali już lokatorzy. Od grudnia 1990 na tymczasową pętlę przy Rosoła podjeżdżały pierwsze autobusy - 177 i 403, a kiedy we wrześniu 1993 doszedł jeszcze 508, problemy z komunikacją były już z grubsza rozwiązane - zwłaszcza, że przecież jeszcze tylko półtora roku i na kabackie pola ruszy metro. I wszystko byłoby pięknie, gdyby nie to, że nie było gdzie zrobić zakupów. Wielką lukę handlową próbowała wypełniać raczkująca prywatna inicjatywa. Na skraju osiedla, od strony Rosoła, pojawiły się pierwiosnki kapitalizmu, czyli szczęki. Pod dorodnym dębem stanęła drewniana budka o nazwie - jakżeby inaczej - "Pod Dębem" oraz warzywniak sprzedający pyszne ciastka na wagę. Ale to wciąż za mało. Zdecydowano się więc na sprawdzone rozwiązanie kontenerowe. I tak gdzieś na przełomie 1994-95 powstało pierwsze lokalne centrum handlowe na rogu Wąwozowej i Bronikowskiego. Za rzędem blaszanych bud postawiono garaże – rzecz niespotykaną na Ursynowie. Luksusem własnych garaży cieszyli się dotąd tylko mieszkańcy domów jednorodzinnych na Jarach, a tu proszę – mieszkając przy Dembego też można już było swojego nowego Poloneza Caro na noc wstawić do garażu. Zabezpieczywszy cenne auto, można się udać na zakupy. Jako się rzekło, budki zaspokajały niemal wszystkie potrzeby. W spożywczaku czekało pieczywo i wędliny, w kiosku Ruchu – świeża prasa. Głodny mieszkaniec osiedla mógł się posilić pysznym kebabem w „Gril Barze” (pisownia oryginalna). Początkowo bar serwował dania kuchni libańskiej, w tym fantastycznego kebaba ze szczyptą pietruszki, potem szef kuchni przerzucił się na wersję syryjską, gdzie pitę krojono i podawano na talerzu z niespotykanym gdzie indziej, lekko czosnkowym sosem. Palce lizać. Konkurencją dla kuchni bliskowschodniej była kuchnia orientalna spod znaku „Cuong&Tuy”. Posilony konsument mógł pomyśleć o pozostałych potrzebach. Odzienie zapewniał sklep militarny, dobry humor żony – kwiaciarnia, a rozrywkę – punkt z maszynami o niskich wygranych. Niestety, po piętnastu latach sukcesów, budki same padły ofiarą kapitalizmu. Właściciel terenu, Spółdzielnia Kabaty, postanowił nieco handel ucywilizować. Kontenery i garaże idą pod kilof, na ich miejscu powstanie kolejny sympatyczny bloczek. Tym razem już z usługami w parterach. Przynajmniej handlowa nauka kontenerowa nie poszła w las.

Hasło stworzone we współpracy z Rubeusem, jednym z kabackich pionierów.
Autor: Maciej Mazur, 2010

Etykietowanie: