Telefon

Sony, Samsung, a może iPhone? W jakiej sieci? Abonament czy pre-paid? To ci dopiero dylematy. Pierwsi Ursynowianie na szczęście aż takich problemów nie mieli, bo dla nich szczęściem było samo podłączenie do sieci Poczty Polskiej Telegraf i Telefon. Sieć miała niestety wyjątkowo mało oczek a i na złowieniu zbyt wielu abonentów jej nie zależało, bo wiadomo: każdy kolejny telefon prywatny to kolejny kłopot. Dla poczty i kontrolerów rozmów. Luksusem prywatnych rozmów cieszyli się więc nieliczni, reszcie pozostawały automaty publiczne, połykające dwu i pięciozłotówki. „Ursynowskie ABC” z 1978 roku wylicza pięć telefonów publicznych dostępnych na osiedlu Jary: Koński Jar 10, Wiolinowa 8, Wiolinowa 13, Puszczyka 8 i Puszczyka 5 (czyli tego na zdjęciu poniżej, przy sklepie Koński Jar 6, jeszcze wtedy nie było). Pewnego dnia jeden z nich – ku rozpaczy mieszkańców – zniknął. Na ścianie bloku został tylko smętny drut. Legenda głosi, że organy ścigania szybko doszły po drucie do kłębka. Aparat znalazł się w lokalu dozorcy, który postanowił do sprywatyzować.
W godzinach pracy swych drogocennych aparatów użyczały też instytucje: Dyrekcja Osiedla przy Końskim Jarze 1 (w godz. 8-16), sklep Koński Jar 6 (7-19), Dział Realizacji (nie wiadomo, co realizował, ale telefon działał tam od 8 do 15). Całodobowo zadzwonić można było też z Komisariatu MO na Pięciolinii 7, choć tam rozmowa była raczej kontrolowana.
Na wiosnę 1981 roku nastąpił pierwszy przełom: koło bloku Koński Ja 2 postawiono jasnoniebieski kontener centrali telefonicznej i posiadaczy szczęśliwych numerków zrobiło się ciut więcej. Jak donosiła Trybuna Ludu: „w pierwszej kolejności telefony zostaną zainstalowane tam, gdzie wymagają tego względy społeczne”. Trybuna nie mogła oczywiście napisać, że owe „względy społeczne” to też względy, jakimi rozdzielające przyłącza władze traktowały odpowiednio umocowanych obywateli. W tym Toto-Lotku szanse na szóstkę (ówczesne numery były sześciocyfrowe, piszący te słowa miał numer 47-72-85 i pamięta go do dziś, choć lat miał pięć) były niewielkie a i komisja losująca musiała sprzyjać.
Demokratyzacja na lokalnym rynku telekomunikacyjnym to dopiero początek lat dziewięćdziesiątych, gdy oddano do użytku budowaną przez cały schyłek PRL-u nową centralę przy pętli Ursynów Południowy. Ruszyła telekomunikacyjna lawina. Zmiotła charakterystyczny dla Mokotowa prefiks 47, zastępując go siedmiocyfrowymi numerami zaczynającymi się na 641 i 643.
Wraz z nowymi czasami straciły więc swoje strategiczne znaczenie budki telefoniczne – choć słowo „budki” jest tu użyte nieco na wyrost. Na Ursynowie budek bowiem nie było, czasem trafił się tylko słup z jajowatym daszkiem chroniącym przed deszczem. Jeden stał przy Wokalnej, a inny - przy Kazury - załapał się na rolę w filmie "Nic śmiesznego". Faktycznie, w tej historii niewiele jest do śmiechu. Wracając do klasycznych budek telefonicznych: kilka pojawiło się dopiero w późnych latach dziewięćdziesiątych, ale to już była inwestycja mocno spóźniona. Nadchodziła era komórkowa i nawet telefony na stacjach metra stały się reliktami podziwianymi tylko przez najmłodsze pokolenie, dla którego spory żelazny aparat z ebonitową słuchawką na spiralnym drucie to ewenement. Takie to ciekawe koło zatoczyła ta telekomunikacyjna historia.
Wspomniany powyżej artykuł z "Trybuny Ludu" do przeczytania w Galerii Trybuny Ludu.

Autor: Maciej Mazur, 2010-14

Etykietowanie:

Budki telefoniczne były

Budki telefoniczne były między Zamiany 8 a 6 (przy chodniku).
Oraz na ZWM 11 (tam gdzie Cafe Metro), od strony Janowskiego.

Aparat tel. przy sklepie na Koncertowej

Dwa aparaty telefoniczne znajdowały się także przy sklepie spożywczym na ulicy Koncertowej (między budynkami 10 i 11).

Polinezyjska 7

Wspominam teraz, nieistniejącą już, budkę przy Polinezyjskiej 7. Ileż tam spędziłem godzin w kolejce, rzecz jasna...