Ślizgawka

Przepis na ślizgawkę jest dosyć prosty. Trzeba poczekać aż temperatura spadnie poniżej zera, a potem chlusnąć wodą z wiadra na jakieś zagłębienie chodnika. Zabawa będzie na sto dwa. Woda zamarznie, a jak jeszcze posypie śnieżek, to nasza ślizgawka będzie jako to jajko z niespodzianką – z wierzchu niby nic, ale wnętrze bardzo wesołe. Zwłaszcza, gdy na taką ukrytą ślizgawkę wejdzie niczego nie spodziewający się przechodzień. Tyle tytułem wstępu.
Dziś, w epoce krytyk lodowisk, Figlowisk koło Multikina i podobnych udogodnień, społecznie tworzone ślizgawki straciły rację bytu. Jeżeli ktoś chce zażyć trochę śliskiego sportu, bierze łyżwy i na specjalnie przygotowanym obiekcie idzie w lodowe ślady Erwiny Ryś-Ferens. Ale kiedyś – kiedyś, moi mili, najbliższe lodowisko to był Tor Stegny a i tak nie zawsze czynny – no i występował jeszcze pewien problem ze sprzętem, a właściwie z jego brakiem. Co robić?
Natura nie znosi pustki, wypełniła ją więc ślizgawkami podwórkowymi. Kiedy Ursynów przypominał jeszcze wyspy betonowej urbanizacji otoczone błotnistymi pustkowiami, wystarczyło poczekać aż przyjdzie mróz i na owych pustkowiach pojawiały się naturalne ślizgawki – wielkie tafle lodu powstałe dzięki wybijającym studzienkom, pękającym rurom, albo po prostu na miejscu nigdy nie wysychających rozlewisk (patrz hasło „Kałuża, staw, jezioro”). Wspomnieć można ślizgawkę na polu przy Szolc-Rogozińskiego, wielką kałużę u zbiegu Symfonii i Koncertowej, dno nieczynnego stawu pod Kopą Cwila, oczka wodne nad Smródką, czy liczne rozlewiska w rejonie budowy metra.
Inną spontaniczną odpowiedzią na zapotrzebowanie społeczeństwa łaknącego zimowych sportów były wspomniane już na początku ślizgawki sztuczne, wykonywane metodą chluśnięcia na chodnik. Takie, można już rzec: lodowisko istniało na przykład na wyłożonym tajemniczą zieloną wykładziną podwyższeniu obok Pszczółki Mai albo w zagłębieniu wśród „murków” przed SP 309 na Koncertowej. Zresztą nie ma co wyliczać – była to na tyle popularna metoda urządzania zimowych rozrywek, że stosowano ją na każdym niemal podwórku.
Jedyny kłopot pojawiał się wiosną. Gdy temperatura rosła, lód powoli pękał, ujawniając swoje wodne pochodzenie. Wówczas jazda często kończyła się kąpielą – ale w końcu ówczesna gwiazda polskich panczenistów, pani Ryś-Ferens też pewnie niejeden upadek w karierze zaliczyła. Wiadomo, taki sport to wyjątkowo śliska sprawa.

Autor: Maciej Mazur, 2010

Etykietowanie: