Potop

Padało mocno już nieraz, między majem i sierpniem gwałtowne ulewy w Polsce to w sumie nic nowego. Ale tej jednej, z wczesnego popołudnia 28 maja 2002 roku, trudno zapomnieć. Kiedy w Opolu artyści przygotowywali się do rozpoczynającego się lada dzień Festiwalu Polskiej Piosenki, nad Ursynowem swój koncert rozpocząć miała natura. I to taki z gatunku nawet nie „allegro”, ale „prestissimo”.
Około południa nad miastem pojawiły się ciężkie chmury, z których wkrótce runęła ściana wody. Lało przez dobrą godzinę. Ulice – jak to uwielbiają określać miejscy reporterzy – zamieniły się w rwące potoki. Woda wdarła się do metra. Na stacji Stokłosy zalała perony i chyba aż do końca dnia metro kursowało tylko między Wilanowską a Ratuszem (ówczesny koniec trasy). Na Natolinie, w miejscu, gdzie Belgradzka łączy się z Rosoła, powstało olbrzymie rozlewisko. Najgorzej jednak mieli ci, którzy mieszkali w bezpośrednim sąsiedztwie Smródki. Potok Służewiecki i tak wylewał przy każdej większej ulewie, ale po takiej nawałnicy zaatakował znacznie szybciej i gwałtowniej. W kilkanaście minut wystąpił z brzegów, zalał Aleję Wilanowską, a nawet część ulicy Śródziemnomorskiej na Stegnach. Strażacy układali worki z piaskiem przy stojących tam wówczas domkach jednorodzinnych (w większości potem zburzonych pod poszerzenie Alei Wilanowskiej). Walka z żywiołem trwała do rana następnego dnia, a zwały błota utrzymały się nieco dłużej. To było ostatnie tak wielkie wystąpienie Smródki. Potok uregulowano, pogłębiono i zbudowano tymczasowy (ale jak zwykle tymczasowość miała trwać latami) wał z worków ciągnący się od skrzyżowania Doliny Służewieckiej z Aleją Wilanowską, przez całą długość uliczki Przy Grobli (północna granica dzielnicy), aż do osiedla przy Arbuzowej. Niebieskość worków może i nie jest najpiękniejsza, ale za to nieco poskromiła zapędy Smródki do zalewania sąsiadów. To i my nie lejmy już wody o nawałnicy z 2002 roku, bo kto nie brodził wówczas po Belgradzkiej, ten kapitanem ursynowskiej żeglugi wielkiej nie zostanie.
Drugi potop nastąpił niemal równe osiem lat później. Był czwartkowy wieczór 3 czerwca 2010. Po gorącym dniu ze wschodu napłynęły ciężkie chmury. Błysnęło, grzmotnęło i lunęło. Zaczęło się jak zwykła burza, którą to wystarczy przeczekać pod byle daszkiem i po kwadransie można iść dalej. Kwadrans minął. Drugi też. Z nieba wciąż ściana wody, a pod nasz byle daszek podchodzi woda, wybijana z przepełnionej kanalizacji burzowej. Wydaje się, że jednak zaraz wszystko się skończy – wszak gdzieś nad Mokotowem widać już czyste niebo. Owszem, tam nie pada. Tu natomiast leje i lać będzie ponad dwie godziny. Natoliński odcinek Alei KEN całkowicie wypełniła woda. Ulica Rosoła zniknęła w otmętach. Lanciego i Belgradzka – również. Nieliczne samochody przemykały chodnikami, bo odważni kierowcy, którzy w topiel wjechali, w niej już podróż skończyli. Przelewająca się woda wdarła się do garaży i piwnic. Jak zwykle zalało stacje metra; tak, jak przed ośmiu laty, najbardziej ucierpiały Stokłosy. Najgorzej jednak było na Zielonym Ursynowie. W Grabowie przepełniony rów melioracyjny rozlał się szeroko po okolicy, zatapiając domy, wille i magazyny. Przed jedenastą w nocy deszcz się skończył. Woda z Ursynowa odpływała do rana – w Grabowie rozlewisko pozostało jednak na dłużej, bo nie dało się go odpompować. Ale i tak mieliśmy szczęście. W Piasecznie jedno z nowych osiedli na ponad dobę zamieniło się w małą Wenecję, tylko mieszkańcom jakoś nie było z tym do śmiechu. Nie dziwimy się.

Autor: Maciej Mazur, 2010

Etykietowanie: