Ochrona

- Polska to dziki kraj – powiedział swego czasu zdymisjonowany minister sportu. Stwierdzenie może i słuszne, ale zdecydowanie za późno wypowiedziane. Bo prawdziwie dzikim krajem to byliśmy nie w roku 2009, gdy Mirosław Drzewiecki wygłaszał swoją złotą myśl, ale dwadzieścia lat wcześniej. Wystarczy rzut oka do prasy z epoki – na początek Gazeta Wyborcza z 21 lipca 1990 roku.
„Ludzie przed sklepem.
Ursynów w samo południe. Duży pawilon handlowy przy ul. Dembowskiego. Wokół, na murku, kilkunastu mężczyzn, przeważnie młodych. Siedzą od rana, popijają piwko systematycznie kupowane w sklepie, niespiesznie rozmawiają, popluwają, czasem rzucą jakąś dowcipną uwagę w rodzaju: „o k..., ale h...”. Nagle, jeden z facetów wstaje, podchodzi do wielkiej sklepowej szyby i „prawym prostym” rozbija ją. Po czym wraca na swoje miejsce na murku i spokojnie zaczyna następne piwo. W sklepie skonsternowani są klienci. Ekspedientki jakby nie zauważyły tej „demonstracji siły”. Starszy pan stojący przy kasie pyta oburzony: „dlaczego nikt nie interweniuje, dlaczego nie wezwiecie policji?”. Na to sprzedawczyni: „Proszę pana, dwie godziny temu, ten sam facet wybił nam inną szybę, o tam. Była awantura, wezwaliśmy policję. Przyjechało dwóch mundurowych. Podeszli do tych łobuzów przed sklepem, a tamci po prostu wyciągnęli noże. Było ich ze dwudziestu. Policjanci mieli do wyboru: uciec albo zacząć strzelać. Odjechali.”
I to jest dopiero dziki kraj. W zasadzie nic dziwnego. Czasy wielkich przełomów i rewolucji od zawsze sprzyjały różnego rodzaju szumowinom. Dlaczego więc nasza rewolucja miała być inna? W 1990 roku policja dopiero co została policją. Przemalowała rozklekotane Nyski, którymi można było ścigać brodatych opozycjonistów, ale podgolony kark w używanym BMW tylko się z niej śmiał. Zresztą rzeczywiście było z czego. Z powodu kryzysu policjantom drastycznie ograniczono przydziały paliwa do tych Nysek i Polonezów, o komputerach mogli tylko pomarzyć, a na ulice wychodzili w sortach mundurowych odziedziczonych po ZOMO, czyli w kombinezonach moro z rogatywkami rodem z czasów państw-stron Układu Warszawskiego. Kto nie pamięta, niech obejrzy sobie „Krolla” albo „Psy”. Skoro prawdziwe psy pochowały się do budy, to kto miał chronić nasze obejścia? Odpowiedź znajdziemy w kolejnym artykule z Gazety Wyborczej, tym razem z 1 lipca 1993 roku:
„Cool znaczy - bezpieczny.
Patrole profesjonalnie wyposażonych ochroniarzy z psami krążą przez całą dobę po osiedlu Stokłosy, odstraszając przestępców i pilnując spokoju - mieszkańcy mogą poczuć się bezpiecznie. Jako pierwsza na Mokotowie lokalna spółdzielnia mieszkaniowa wynajęła firmę ochrony mienia Cool. Lokatorzy objętych ochroną domów płacą firmie 30 tys. zł miesięcznie (od lokalu). Aby ułatwić rozliczenia, spółdzielnia dolicza tę sumę do czynszu. Inicjatywa spotkała się z aprobatą i poparciem Mokotowskiej Rady Bezpieczeństwa. Wiceburmistrz Andrzej Kaczkowski powiedział „Gazecie”, że działania administracji Stokłosów są praktyczną realizacją idei Rady i mogą być wzorem dla całej dzielnicy.”
Tę praktyczną realizację idei za wzór od razu wzięli inni, zwłaszcza budowniczowie nowych osiedli. Każdy deweloper z lat dziewięćdziesiątych za główny cel wyznaczał sobie bezpieczeństwo mieszkańców. Nowe domy były już pozamykane, strzeżone i oczywiście ogrodzone parkanem z monitoringiem. Autor mieszka w takim domu, gdzie pierwszy domofon czeka w bramie, drugi zaraz za nią przy furtce prowadzącej do klatki, a trzeci w wejściu na klatkę schodową. Niektórzy mieszkańcy dostrzegli oczywisty absurd tej sytuacji, przeprowadzono ankietę – i co? Sąsiadom najwyraźniej taki system się podoba. Bezpieczeństwo ponad wszystko, Polska to dziki kraj. Na szczęście na Ursynowie udało się uniknąć losu pogrodzonej Białołęki, czy największego wynaturzenia epoki – osiedla Marina Mokotów. Tu, poza niewielkimi wyjątkami, jak Osiedle Olimpia czy pokazane na zdjęciu Osiedle Techniczna przy Zaolziańskiej, większość administracji ograniczyła się do zamknięcia bram prowadzących na podwórka domów. A w każdej z nich oczywiście czeka stróż z agencji ochrony czujnym okiem omiatający gości. W razie czego może wezwać groźny patrol interwencyjny, czyli rosłych byków dawniej wożących się Polonezem Caro a dziś pewnie jakimś Chevroletem. I tym sposobem znamy odpowiedź na pytanie, na którym poległ Dustin Hoffman w „Maratończyku”. Czy jest bezpiecznie? Owszem, jest.

Autor: Maciej Mazur, 2012

Etykietowanie:

Alamein pamiętam

Alamein pamiętam - po serii włamań założyli u nas na klatce monitoring. Ech, dawne czasy!

Z dwiema rzeczami się jednak nie zgadzam z Autorem.

1. Co by nie mówić MO nie zajmowało się jedynie prześladowaniem opozycji. W PRLu ludzie też kradli i mordowali. Jednak subiektywne odczucia społeczne w latach '90. były takie, że "kiedyś" było bezpieczniej. Sam z resztą Autor o tym pisze. Czy to kwestia rewolucji, niedoinwestowania policji na początku IIIRP, czy wzrostu skuteczności bandytów - nie potrafię odpowiedzieć. Ale opisani w artykule pijaczkowie raczej na mafiozów nie wyglądali.

2. Rogatywek mi jednak żal. I to wcale nie PRLowska tradycja. To tradycyjny element polskiego munduru, którego nawet w PRLu nie była w stanie wyprzeć rusyfikacja wojska. Tymczasem teraz w ramach amerykanizacji mamy czapki-bejzbolówki i berety. Szkoda.