NBA

Każda dyscyplina sportu ma swoje pięć minut – no, może poza piłką nożną, która z mody nigdy nie wychodzi. W latach siedemdziesiątych każdy mały chłopak na swoich Wigrach czy Pelikanie był Szurkowskim. Początek lat dziewięćdziesiątych to pięć minut koszykówki. Wszystko zaczyna się od wielkiego finału NBA w roku 1991, kiedy Chicago Bulls rozbijają Los Angeles Lakers. Tytuł najlepszego gracza (MVP) pierwszy raz zdobywa wówczas Michael Jordan, zastępując w panteonie gwiazd inną legendę koszykówki, Magica Johnsona – dla którego był to finał ostatni w karierze. No dobrze. Ale co to ma do Polski? Otóż ma bardzo wiele, o czym doskonale wiedzą ci, którzy zarywali noce, aby bladym świtem śledzić w TVP (tak, tak – kto wówczas słyszał o Canale Plus Sport) transmisje z kolejnych spotkań. I tak zachodni wiatr wielkich zmian przywiał na ursynowskie ulice bakcyla koszykówki. Na co drugim podwórku wyrósł żelazny kosz na metalowej nodze. I nic to, że stawiano je na ogół pośrodku trawnika, który z parkietem NBA niewiele miał wspólnego. Liczył się przecież sportowy duch, a ten każdą przeciwność pokona. Jeżeli akurat nie było miejsca na udeptanym skwerze, kosz można było powiesić gdziekolwiek bądź – choćby na śmietniku. Na lekcjach WF stare, dobre gry w zbijaka i dwa ognie odeszły do lamusa. Zbijaka nikt w telewizji przecież nie transmitował. Teraz liczył się tylko dwutakt i rzut za trzy, którego mistrzowie cieszyli się zasłużoną szkolną popularnością. Było jak w amerykańskim serialu – jak w „Beverly Hills 90210”, też do obejrzenia w TVP. No cóż, Ursynów to niestety nie Beverly Hills. Osiedlowe kosze za dnia służyły naśladowcom Michaela Jordana, ale już wieczorami swoich sił próbowali tam przedstawiciele innej dyscypliny – jeszcze niezbyt popularnego strongmaństwa – którzy podciągając się na obręczy i mocując z tablicą, przekreślali trud władz spółdzielczych krzewiących kulturę fizyczną zgodnie z wzorcami zza Oceanu. Z biegiem czasu strongmani wygrali z koszykarzami i z samymi koszami również. Najpierw poznikały siatki. Potem oderwane obręcze. Czasem gdzieniegdzie zachowała się jeszcze smutna tablica na solidnie wbetonowanej żelaznej nodze. Wiatr zmian wiał dalej. Transmisje NBA wywiało do płatnych telewizji, a osiedlowe kosze zarosła trawa. Ale koszykarskich emocji z początku lat dziewięćdziesiątych nikt już nie powtórzy – nawet występy Marcina Gortata tamtego ducha nie wskrzesiły.

Autor: Maciej Mazur, 2009

Etykietowanie: