Mysiadło

Jedną z największych bolączek, które trapiły Ursynów u początku swych nowożytnych dziejów był brak sklepów. Słynny czerwoniak, pierwszy udokumentowany przekazem ustnym sklep spożywczy na budowanym Ursynowie nieśmiało pokazywał, że także tu, w tej niegdyś zapomnianej dzielnicy handel jest możliwy. W początku lat osiemdziesiątych powstały słynne pawilony przy Bartoka, Megasam, z czasem pozostałe sklepy Społem. Wspólnym mianownikiem tych placówek był ich charakter - handlu uspołecznionego - a więc do społeczeństwa zwróconego gościnną pustą półką i hakiem. Nieco inaczej wyglądał handel owocami i warzywami. W licznych budkach typu „Zieleniak” cały rok można było kupić ziemniaki (nasypywane zwykle ze specjalnego dystrybutora - śluzy, która otwarta, napełniała wiaderko ziemniaczanym dobrem) żur w butelkach po wódce, naboje do syfonu i ogórki kiszone. Skromna, jednak stała oferta. Można było też dostać tam czasem takie rarytasy jak lizaki, czy nawet gumę do żucia „Donald”. Na sklepach tych socjalizm odciskał swoje piętno - popularne warzywniaki były zwykle zaniedbanymi, brudnymi budkami skleconymi z byle czego - dykty, starych desek, często w innej fakturze i kolorach - słowem z tego, co akurat udało się zdobyć spoza rozdzielnika. I tak oto trwał ten handlowy letarg, aż do momentu, kiedy pod koniec lat 80. przy ulicy Stokłosy 1 pojawił się sklepik Mysiadło, nawiązujący w swej nazwie do podwarszawskiej wtedy miejscowości sadów i szklarni. Już samo to, że sklepik znalazł się na parterze bloku, a nie w drewnianej budce wystarczyło, by wyróżnić się z „tłumu”. Lecz był to dopiero skromna zapowiedź nowości. W sklepiku po raz pierwszy na Ursynowie można było kupić pomidory nieco wcześniej niż w sezonie, podobnie zielone ogórki i sałatę. Pojawiły się takie rarytasy jak zielona i czerwona papryka, a nawet zielone winogrona. Ofertę uzupełniały zagraniczne batony i czekolady, których próżno było szukać gdzie indziej. Można też było zakupić egzotyczne dotąd kwiaty, jak choćby Jukę. Wszystko to koszmarnie drogie, co nie zmienia faktu, że ten mały sklepik torował drogę do innego, lepszego świata, kolorowego i wyczekiwanego. Nawet ajent tej placówki był sprzedawcą wyprzedzającym nadchodzącą rewolucję - schludnie ubrany, opalony i uśmiechnięty, uprzejmy dla klientów, słowem cud nad Wisłą. Rewolucji zdarza się jednak pożerać własne dzieci, a nawet ojców - przyzwyczajony przez kilka lat do bycia bezkonkurencyjnym ajent zniknął w wirze wolnorynkowych przemian i natłoku innych sklepów i handlu stolikowego. Zniknął tak, jak cały konglomerat Mysiadło, po którym straszą dziś resztki szklarni przy ul. Puławskiej. Nie zmienia to faktu, że zapisał się w historii ursynowskiego handlu złotymi zgłoskami i jako pierwszy dał posmakować pomidorów wczesną wiosną, a zielonych winogron po raz pierwszy w życiu. Chwała mu za to.

Autor: Michał Mysliński, 2007

Etykietowanie: