Metro

Tłukące za oknem kafary, huk wbijanych żelaznych pali, mrożące krew w żyłach wyprawy w wykopy i późniejsze opowieści śmiałków o nielegalnych przechadzkach istniejącymi już tunelami. To będzie opowieść o budowie metra. Budowie, która trwała tak długo, że jeszcze niedawno niewielu wierzyło w jej zakończenie.
Ale zanim zakończenie, to może początek. Pierwsze projekty warszawskiego metra powstały w 1927 roku. Planowano wówczas dwie linie - z Placu Unii Lubelskiej na Muranów oraz z Pragi na Wolę. W okolicach ulicy Świętokrzyskiej dokonano nawet pierwszych odwiertów geologicznych, jednak przedłużające się poszukiwania zachodnich inwestorów zainteresowanych budową i światowy kryzys gospodarczy początku lat 30. zahamowały dalsze prace.
Do pomysłu wrócił w 1938 roku prezydent Stefan Starzyński. Zaktualizowano i rozszerzono plany, przedłużając obie linie łącznie do 46 kilometrów. Budowy jednak nie podjęto, a II Wojna Światowa pogrzebała wszelkie plany i notatki. Pogrzebała dosłownie - zaginęły w Powstaniu Warszawskim. Przetrwały jednak marzenia architektów i już w 1945 roku powrócono do pomysłu budowy linii podziemnej, tym razem ze Służewia do Młocin i z Woli do Wawra, a łączna długość obu linii miała wynieść aż 64 kilometry! W 1950 roku po praskiej stronie Wisły rozpoczęto budowę. Wybór padł na radziecki model metra głębokiego, spełniającego jednocześnie funkcje schronu przeciwatomowego. Przeliczono się jednak z kosztami i możliwościami technologicznymi i budowa stanęła już w 1953 roku. Częściowo zalane wodą fragmenty tuneli przetrwały do dziś. Położony na Targówku Przemysłowym wylot tuneli na powierzchnię przejęły Centralne Piwnice Win Importowanych. W pochodzącej z 1952 r. fraszce "O metro warszawskie" nieznany poeta w proroczy sposób przewidział losy socjalistycznej budowy metra:
Nie było, nie ma,
Nieprędko będzie,
Bo u nas taki
Rozmach jest wszędzie,
Że nie ma czasu,
Tkwiąc w kilometrach,
Zająć się losem
Jednego metra.

Przedwspółczesny epizod budowy metra to początek lat 70., kiedy gierkowska prosperita pozwoliła pochylić się nad dawnymi planami i zaktualizować je, jednak podobnie jak poprzednio budowa nie ruszyła. Tym razem wygrała potrzeba indywidualizacji komunikacyjnej – produkcja malucha i sieci dróg. Kolektywizacja transportu nadeszła wraz ze stanem wojennym. Władza potrzebowała spektakularnego sukcesu inwestycyjnego, dzięki któremu czynem udowodniałby, że w zmilitaryzowanym społeczeństwu wszystko chodzi jak w zegarku. W styczniu 1982 roku generał Jaruzelski ogłosił więc projekt ustawy o budowie metra i wreszcie 15 kwietnia 1983 roku inwestycja ruszyła, na długie lata rozcinając południowe dzielnice miasta. Na Ursynowie i Mokotowie metro było bowiem budowane metodą odkrywkową, a szeroki na kilkadziesiąt metrów pas pokonać można było tylko nielicznymi objazdami w kształcie litery „U”. Dopiero od stacji Racławicka na północ tunele drążono podziemną tarczą. Powolną, bardzo powolną. Prace na budowie zaczynały się zwykle około siódmej rano. Po placu śmigały radzieckie Łady Niwy rozwożące inżynierów, szeregowi robotnicy przemierzali go pieszo w niezastąpionych gumofilcach. Dzień w dzień machina ruszała, powoli nabierając rozpędu, a zanim rozpędziła się na dobre, przychodziła trzecia po południu i fajrant. Opustoszały plac budowy we władanie przejmowała okoliczna dzieciarnia. Rozpoczynał się czas wypraw eksploracyjnych po wykopach, pomostach, tunelach. Zwykle kończyły się one ucieczką przed stróżem – raz jednak, na budowie stacji Imielin doszło do tragicznego wypadku. A od rana znowu to samo. Niwy, gumo filce, powolny rozruch. Prace postępowały w tempie dyktowanym przez rozkład PRL-u. Były maszyny, brakowało materiałów. Przyszły materiały, to akurat przebazowiono maszyny. Metro pomagali budować towarzysze radzieccy i kubańscy. Regularnie naloty robił Dziennik Telewizyjny. Ale cóż z tego – próżny trud. Nawet w socjalizmie nie da się budować, gdy kasa pusta – co dopiero, gdy nadszedł kapitalizm.

Na początku lat 90. pojawiały się wręcz głosy, żeby prace wstrzymać, a zaoszczędzone pieniądze wykorzystać na stworzenie szybkiego tramwaju. I chociaż doradzał tak sam Bank Światowy, to jednak wszystkiego do końca nie policzył. Okazało się bowiem, że zatrzymanie budowy i zabezpieczenie gotowych odcinków kosztowałoby tyle samo, co jej ukończenie. Generalna Dyrekcja Budowy Metra broniła inwestycji jak mogła - organizując najpierw spacery tunelami, a w 1992 roku nawet przejażdżkę, po to tylko, aby pokazać, że ta budowa jednak istnieje, że to nie były zbiorowe halucynacje. W ramach wariantu oszczędnościowego, zrezygnowano ze zdobień na stacjach od Wierzbna na północ. Ba, zrezygnowano nawet w całości z dwóch stacji – Muranów i Plac Konstytucji. Na północnym odcinku wstrzymano na pewien czas roboty. Wydrążone tunele zalała woda. Rozważano uruchomienie metra tylko na skróconym odcinku Kabaty-Wilanowska. W końcu jednak, grosik do grosika zebrano akurat tyle pieniędzy, aby dociągnąć linię do stacji Politechnika. 7 kwietnia 1995 roku w południe nastąpiła wreszcie długo oczekiwana chwila.

Na stację Wilanowska przybyli dostojni goście. W rolach głównych wystąpili: Prymas Polski Józef Glemp, premier Józef Oleksy, prezydent Warszawy Marcin Święcicki. W pozostałych rolach udział wzięli budowniczowie, inżynierowie i tysiące gapiów. Metro poświęcono, po czym oficjele wsiedli do radzieckiego pociągu oznaczonego numerem jeden i ruszyli w podróż. Radości nie było końca – zwłaszcza wśród zwykłych warszawiaków, dla których było to wydarzenie powszedniego dnia. Do wieczora metrem można było jeździć za darmo – zresztą kto by kontrolował bilety w takim tłoku. Podróż z Politechniki na puste pola Kabat zajmowała nawet dwie godziny – bo do pociągu trzeba było jeszcze się dostać, a linię obsługiwały krótkie składy trzywagonowe. Aby zachęcić pasażerów do podróżowania metrem, wprowadzono bilety przesiadkowe umożliwiające darmową podróż drugim środkiem lokomocji. Ale zachęcać nie trzeba było. Po 12 latach budowy?!

Każdy maszynista wie, że gdy pociąg ruszy, trudno już go zatrzymać. Tak też było z metrem. Budowa powoli, ale konsekwentnie podążała na północ. Jeszcze tylko drugie tyle i wreszcie, w 2008 roku, po 25 latach, metro dojechało do Huty Warszawa. Pierwotnie cała budowa miała zakończyć się w 1996 roku.
Nie ma wątpliwości, że Ursynów swój dynamiczny rozwój ostatnich lat zawdzięcza gehennie lat 80. i 90. która dała pierwszy w historii Polski i Warszawy, pierwszy po 70 latach planów działający odcinek metra. Z dnia na dzień Ursynów stał się dzielnicą najlepiej skomunikowaną z centrum miasta i pożądanym miejscem do zamieszkania. A przecież budowa mogła zacząć się od Huty Warszawa!

Autorzy: Maciej Mazur i Michał Mysliński, 2007-11

Etykietowanie:

wypadek na budowie metra Imielin 1983

czy ktoś z Was Urs. pamięta ten wypadek? czy może ktoś zna lub znał osoby, które brały w nim udział? pamiętam, że to było kilku chłopców i że jeden nie przeżył. interesuje mnie to, ponieważ to mój tato z sąsiadem jako pierwsi rzucili się na pomoc i własnymi rękoma wykopali kilku chłopców zanim przybyła inna pomoc.

Znaleźliśmy artykuł o tym wypadku

Cytat z Expressu Wieczornego opisujący to zdarzenie umieściliśmy w odpowiednim wątku na Forum.

Czy otwarcie budowy nie

Czy otwarcie budowy nie odbyło sie niedaleko moich okien przy stacji Metra Ursynów ? Pamietam wielkie zamieszanie z tamtych czasów. Rzekomo sam Jaruzel miał byc.
Płot na KEN to całe moje dziecinstwo i mlodosc. Dopiero chodzac do kolejówki miałem okazje przejechac sie metrem :) Pamietam iz pewnego roku był dzien otwarty i mozna bylo sie przejechac. Co ciekawe wykonczone były tylko stacje Ursynów, Kabaty.... reszta w stanei surowym... Mysle ze to byl 91rok (jakos w czasie wizyty w Polsce TGV)