Klub Mieszkańca

„Jak dobrze mieć sąsiada” – śpiewały kiedyś Alibabki, a w dalszej części piosenki można było usłyszeć, że „zimą ci pomoże przy węglu i przy koksie i sama nie wiesz kiedy ułoży wam rok się”. Na Ursynowie od początku mieliśmy centralne ogrzewanie, więc problem koksu i węgla raczej był nam obcy, ale faktycznie bez sąsiada ani rusz. Pożyczał sól, cukier, zapałki czy inne rzeczy, po które w dawnych czasach trzeba było stać w kolejce (no i jeszcze mieć kartki), wieczorem mógł zapewnić też rozrywkę. Dziś sąsiad też bardzo się przydaje – pomoże znieść ciężkie kartony, przytrzyma windę, wezwie policję w Sylwestra, gdy za bardzo zabalujemy – wszystko w trosce o nasze zdrowie i dobre samopoczucie. Jedyny kłopot, to jak tu zadzierzgnąć więzi sąsiedzkie? No właśnie. Projektanci Ursynowa już pod koniec lat siedemdziesiątych o to zadbali. Wzorem państw skandynawskich wymyślili tak zwane Kluby Mieszkańców. Na każdej ulicy miało powstać co najmniej jedno (na większych ulicach dwa) miejsce, w którym lokatorzy okolicznych bloków mogliby się spotykać. Ale po co mieliby tam chodzić? O, to bardzo proste – bo to ułatwiało życie. Po co inwestować w pralkę automatyczną w domu (warto tu wspomnieć że pod koniec lat ’70-ych wciąż był to luksus), skoro pranie można przynieść do klubu. Niech się pierze, my w tym czasie w pomieszczeniu obok wypijemy sobie herbatkę i pogadamy z sąsiadami. Przy okazji rozwiąże się nam problem z dziećmi. Wróciły wcześniej ze szkoły? Zaprowadzimy je do klubu, panie w lokalnej świetlicy chętnie się nimi zaopiekują.
Jak to działa, opisała Marta Filiczak w tygodniku „Stolica” z 25 marca 1979: „Mój klub znajduje się przy ulicy Pięciolinii, w odległości paru kroków od mieszkania. Składa się, jak wszystkie, z pralni, sauny i barku, o które dba ajent, oraz z właściwego pomieszczenia klubowego, punktu opieki nad małymi dziećmi, gabinetu i salki zajęć korekcyjnych. (…) Tak się składa, że stale korzystam tylko z pralni. Ma ona rzetelnego ajenta, pana Edwarda Bondera, oraz tę zaletę, że pościel, bieliznę oraz ręczniki pierze się każdemu w oddzielnej pralce. Jak się uśmiechnąć do pana Edwarda, to odda czyste pranie już następnego dnia. W saunie są dni damskie i męskie. (…) Działalność klubu niewątpliwie sprzyja tak potrzebnemu zacieśnieniu więzi środowiskowej między mieszkańcami. Ponieważ oboje z mężem pracujemy w tzw. nienormowanym czasie pracy, więc zwykle wieczorami siedzimy w domu nad różnymi pracami. Wiem jednak, że wytworzyła się już grupa miłośników klubu, którzy chodzą tam niemal codziennie i wspólnie organizują różne imprezy, jak choćby ostatnio Tłusty Czwartek. Sprawdza się chyba maksyma Spółdzielni, "że mieszkańcy są sami gospodarzami klubu". Jednym słowem, integracja lokatorów w okresie pionierskim znajduje obecnie kolejne, autentyczne pole rozwoju”.
No, na koniec autorka pojechała nam trochę językiem epoki. Wbrew temu optymizmowi kluby nie do końca się przyjęły. Część przekształciła się w wyspecjalizowane klubiki dla dzieci – choćby „3 Nutki” na Nutki czy „606” na Koncertowej 6. Sauna jakoś nie rozgrzała miłości sąsiedzkiej, wspólnej kawie w stanie wojennym przeszkadzała pewnie godzina milicyjna. Potem piękna idea utonęła w szarej rzeczywistości dogasającego PRL-u. Doczekała się jeszcze nieco ironicznej wersji w słynnym serialu „Alternatywy 4”. Tam też gospodarz Anioł gonił lokatorów do klubu. Żarty żartami, pozostało jednak miłe wspomnienie eksperymentu społecznego – teraz już wiemy, dlaczego Krzysztof Krawczyk w swoim przeboju o Ursynowie zamieścił tekst „wokół zieleń i ławki, sauna, pralnia huśtawki”. Jeżeli ktoś ma jakieś ciekawe wspomnienia z czasów klubowych, to chętnie je opublikujemy.

Autor: Maciej Mazur, 2012
Powiększone zdjęcia do obejrzenia w Galerii 1979.

Archiwalne numery tygodnika „Stolica” w zbiorach Mazowieckiej Biblioteki Cyfrowej.

Etykietowanie: