Kapsle

Dżamolidin Abdużaparow, Olaf Ludwig czy Uwe Ampler? Kto wygra kolejny etap Wyścigu Pokoju między śmietnikiem a latarnią? Jest rok 1986, nad narysowanym białą kredą na asfalcie torem klęczą malcy i w skupieniu pstrykają kapsle od butelek, którym nie wolno wypaść poza kredowy obrys toru. Kapsle są metalowe, menedżerowie drużyn mają zwykle w arsenale trzy typy. Zwykły, z butelek po piwie, niestabilną „beczkę” z dużej butelki od Ptysia oraz asa w rękawie – wietnamskiego tygryska, czyli puste opakowanie po rozgrzewającej maści tygrysiej. Każdy kapsel wymagał mozolnego przygotowania. Przede wszystkim – nie powinien być pogięty. Po drugie, trzeba ostrożnie z niego wyjąć szarą gumową uszczelkę, odwrócić, na jej wypukłą stronę nakleić nabytą w papierniku flagę państwa w barwach którego pomykać ma kapsel, całość owinąć folią i włożyć z powrotem w metal. Skomplikowane? Być może – ale zasady gry były już znacznie prostsze. Poza wspomnianym na wstępie wyścigiem (pokoju oczywiście) właściciele kapsli toczyli też między sobą zacięte pojedynki. One on one. Cios za cios. Pstryk w kapsel za pstryk. Kto trafi i zbije przeciwnika, ten wygrywa. Mały problem, gdy gra toczy się dla zabawy. Większy, gdy to zacięty pojedynek „na zachę”, gdy zdobyty kapsel przechodzi na własność zwycięzcy. Przy braku szczęścia można było stracić tak połowę kolekcji… ale przecież w rękawie czyha As, czyli wspomniany Tygrysek. Cienkie wieczko od maści rozgrzewającej, spreparowane w podobny sposób, jak zwykły kapsel z Żywca, ale – w przeciwieństwie do piwnego – Tygrysek miał gładki spód i śmigał jak szalony. Sokole oko, wprawne palce i niech się Abdużaparow schowa – razem z Ludwigiem. I tak wiemy, że najlepszy był Szurkowski.

Autor: Maciej Mazur, 2010

Etykietowanie: