Kamień węgielny

Słoneczny Brzeg powoli wypełniał szkło złocistym płynem, a powietrze aromatem wspaniałego bułgarskiego koniaku. Na rozłożonych w baraku długich stołach równym rzędem stały kieliszki. Inżynierowie łakomie na nie spoglądali, bo przez to przedłużające się oczekiwanie nieco zmarzli. Z nieba od rana siąpił deszcz, zimny jesienny wiatr hulał po błotnistym placu budowy. Kalendarz na ścianie baraku wskazywał: 25 października 1975, sobota. Z radia dyskretnie sączył się jubileuszowy, tysięczny odcinek powieści „Matysiakowie”. Ale radia nikt nie słuchał – wszyscy w skupieniu czekali na przyjazd oficjalnych delegacji, no i na sygnał do wypicia Słonecznego Brzegu. Okazja była. Dziś przecież wypadł historyczny dzień wmurowania kamienia węgielnego pod Ursynów Północny. Zaczyna się budowa największego osiedla Warszawy. Ma być dumą stolicy i Polski Ludowej. Nerwowe oczekiwanie i żarty na temat podpijania koniaku przerywa sygnał: jadą! Tęsknie oglądając się na kieliszki inżynierowie wychodzą na dwór i zbierają się wokół błotnistego dołu z fundamentami bloku numer 718. Ktoś mógł nawet zauważyć, że w przyszłości ma to być adres Wiolinowa 13, a trzynastka jest pechowa, więc może wybrać inny blok… ale nie. W postępowej Polsce Ludowej nie czas na głupie przesądy. Tym bardziej, że jest już delegacja, więc można zaczynać. Wszystko jest przygotowane. Budowlany żuraw stoi w pogotowiu. Ma proste zadanie, w końcu wszyscy na tym zimnie myślą głównie o Słonecznym Brzegu. A poza tym jest sobota, nie ma więc co przedłużać. Dźwig ma podnieść pierwszą wielką płytę i postawić ją na fundamencie. Płytę się zamocuje a resztę zrobi w poniedziałek. Czynniki partyjno-państwowe przechodzą na skraj wykopu. Kierownik daje sygnał dźwigowemu. Cisza. Kierownik daje drugi sygnał. Nic. Kierownik zaczyna się denerwować. Dźwigowy również. Wygląda na to, że nie ma zasilania. Siadł prąd albo silnik. Chłodne powietrze zaczyna iskrzyć od padających w krótkofalówkach siarczystych przekleństw.
Czas na męską decyzję. „Dawać Lecha!” – słychać w eterze. Po chwili daje się słyszeć basowy warkot diesla. Nadjeżdża Lech, czyli samobieżny dźwig na kołach. Można kontynuować uroczystość. Nie wiadomo jednak, czy przekleństw było za dużo, czy decyzję podjęto za szybko, a może po prostu kierowca Lecha był zbyt zdenerwowany obecnością czynników. Ciężką maszynę podprowadził na sam skraj rozmytego padającym deszczem wykopu. Przecież dobrze wie, co ma robić. Od lat jest dźwigowym i sprawdził się w tej robocie. Chwyta wielką płytę, lekko unosi ją nad ziemię i już ma opuścić na przygotowany fundament, gdy wtem mokry grunt zaczyna mu się osuwać spod kół. Lech traci równowagę, ciężar wielkiej płyty nieuchronnie ciągnie go w głąb wykopu. Huk, łoskot, kilkanaście ton wali się w dół. I nagle cisza. Dźwigowy żyje. Nic mu się nie stało. Inżynierowie i przedstawiciele czynników mają już dość wrażeń. Zgodnie zmierzają do pobliskiego baraczku, gdzie czekają równe rzędy kieliszków ze Słonecznym Brzegiem. W tych warunkach smakuje co najmniej jak Napoleon z Peweksu. Albo i lepiej. Żartom nie ma końca, czynnikom rozwiązują się języki, inżynierowie snują anegdoty i opowiadają, jak to jeszcze rok temu w miejscu katastrofy Lecha szumiały sady, do których młodzi projektanci chadzali na ogniska. Wyjdźmy teraz z baraku i rozejrzyjmy się. Dookoła morze błota poprzecinane po horyzont kraterami wykopów pod fundamenty. Pechowo czy nie, na pewno z przygodami, rozpoczyna się właśnie największa inwestycja mieszkaniowa końca Peerelu. Na wiosnę na całym placu budowy wyrosną dźwigi. Za rok prace montażowe w pierwszej części osiedla będą już dobiegały końca, a za półtora roku, wiosną 1977, Słoneczny Brzeg znów będzie się lał strumieniami – tym razem na licznych parapetówkach. Do świeżo oddanych bloków wprowadzą się pierwsi lokatorzy. Ale to już zupełnie inna historia.

Autor: Maciej Mazur, 2010

Etykietowanie:

jak nie jak tak :)

a potem słynczew briag będzie się lał ja kiedyś :)