IŁ-62

W jasny dzień zwycięstwa kwitnie biały bez
Grzmią saluty i sztandary chylą się
Wielka radość, ale oczy pełne łez…
Repertuar radiowy na 9 maja był klasyczny i nie zmieniał się od lat. Pieśń o Dniu Zwycięstwa, „Chabry z poligonu”, ewentualnie „Gdy Polska da nam rozkaz”. Ten dziewiąty maja też był klasyczny, bo komunistom zawsze świeciło słońce. I na Święto Pracy i na Dzień Zwycięstwa. Słoneczko więc przygrzewało, radio grało swoje piosenki i ani słowa nie można się było z niego dowiedzieć, co oznacza ten słup czarnego dymu, który pojawił się przed południem nad Lasem Kabackim, ani też dlaczego od strony Puławskiej cały czas słychać wycie pędzących w stronę Piaseczna milicyjnych nysek i dużych fiatów pogotowia ratunkowego.
W radiu Polska daje rozkaz, w domu rozkaz daje mama: idziemy po zakupy. Do Megasamu. – Świetnie – myśli sobie dziewięciolatek. – W Megasamie są ekstra wózki, można będzie pokierować. No i jeszcze mają pyszne kajzerki. Chodźmy! Poszli. Słup dymu cały czas unosił się nad Kabatami. To chyba jednak nie jest wiosenne wypalanie traw. - Może las się pali – zastanawia się mama dopytywana przez podekscytowanego dziewięciolatka. Tylko jeżeli pali się las, to po co tyle karetek i milicji? W Megasamie, jak co sobota, kolejka. Wózki są fajne, tylko trzeba swoje po nie odstać. Ale tym razem jest nieco inaczej. Kolejka aż huczy od plotek, klienci przekazują sobie nieprawdopodobną wiadomość.

- W Lesie Kabackim spadł samolot! Wielka, pasażerska maszyna LOT-u!
- No co też pani opowiada, w radiu nic nie mówili!
- Nic nie mówili i nic przecież nie powiedzą, dzieckiem pan jest?
- Mamo, to prawda z tym samolotem? – tym razem odezwał się ten, kto naprawdę jest dzieckiem.
- Nie wiem, chyba nie? Ludzie różne rzeczy gadają…
Kupili bułki, dostali jakieś ochłapy na kartki i w te pędy wrócili do domu gnani ekscytacją chłopczyka. Włączył telewizję. „Sobótka” już dawno się skończyła, teraz leciał jakiś film przyrodniczy. Jak to w sobotę. Radio? - Chabry z poligonu, niebieskie berety, a wśród nich i ja… - cisza w eterze rozbrzmiewała żołnierską piosenką.
Ponad godzinę wcześniej w powietrzu padły najsłynniejsze słowa polskiego lotnictwa. - Dobranoc, do widzenia. Cześć, giniemy! – tak żegnała się ze światem załoga spadającego na Las Kabacki samolotu Ił-62M „Tadeusz Kościuszko”. Maszyna leciała z Okęcia do Nowego Jorku. Na pokładzie były 183 osoby. Wystartowali o dziesiątej rano. W okolicach Grudziądza doszło do awarii dwóch silników. Na dwóch pozostałych piloci zawrócili do Warszawy. Początkowo chcieli lądować na lotnisku wojskowym w Modlinie, ale uznali, że na Okęciu będzie bezpieczniej: pas obstawi straż pożarna, z miasta ściągano już karetki pogotowia. Gdyby nie pożar na pokładzie będący efektem awarii, pewnie by się im udało. Zabrakło czterdziestu sekund lotu. Przelecieli ponad godzinę i zabrakło im czterdziestu sekund, aby dociągnąć do Okęcia. Płonąca i niesterowalna już maszyna zwaliła się na południowy kraniec Lasu Kabackiego. Było krótko po jedenastej.
Teren katastrofy błyskawicznie obstawiło ZOMO. Kiedy straż ugasiła pożar lasu i szczątków maszyny stało się jasne, że uderzenia w ziemię i wybuchu paliwa nikt nie przeżył. Pierwsze oficjalne informacje o tragedii pojawiły się dopiero późnym popołudniem. Telewizyjny Kurier Warszawski mylnie podał, że rozbił się samolot „Generał Sikorski”. Krótka wzmianka pojawiła się w głównym wydaniu Dziennika Telewizyjnego, w radiu skończyły się żołnierskie przyśpiewki i odczytano listę ofiar.
Przez kolejne tygodnie służby oczyściły zamknięty teren. Kiedy go w końcu otwarto, widok był przerażający. W lesie ział kilkusetmetrowy pas gołej ziemi wciąż oddającej intensywną woń paliwa lotniczego. Czubki drzew na skraju tej wykoszonej przez samolot polany układały się w kształt przechylonej maszyny. Można było rozróżnić skrzydła i półkoliste wycięcie po kadłubie. Ciarki chodziły po plecach. Co więcej: chociaż teoretycznie milicja zebrała wszystkie szczątki, bez kłopotu wciąż można było znaleźć jakieś pozostałości samolotu: fragmenty metalu czy kawałki przewodów. Ojciec dziewięciolatka podniósł z ziemi kilkucentymetrowy kawałek drewnianej płytki z nadrukowanym obwodem elektronicznym i napisem „Sdiełano w CCCP”. Leżał później latami w domu jako makabryczna pamiątka po leśnym spacerze w czerwcu 1987 roku.
Z biegiem lat polanę obsadzono młodymi drzewami. Parafianie z Pyr ustawili drewniany krzyż, potem stanął też skromny pomnik. Prowadzącą na miejsce katastrofy leśną aleję nazwano imieniem Załogi Samolotu „Kościuszko”, kapitana Zygmunta Pawlaczyka upamiętnia skwer między Rosoła i Nowoursynowską. Ale nawet bez tego wszyscy i tak pamiętaliby ten dzień. Czarny dym nad lasem, sznur karetek i ciszę w eterze.

Fragment książki "Czterdziestolatek. Historie z Ursynowa". Autor: Maciej Mazur, 2017

Etykietowanie:

Grałem wtedy na podwórku w

Grałem wtedy na podwórku w kapsle przy KEN było wyraznie slychac karetki jadace Puławska. Ba nawet dotarlem tam rowerem. Wtedy jednak był juz dwa kordony jeden w lesie drugi od strony Ursynowa w granicy lasu i naprawde duzo ludzi .... Ursynów wtedy nie siegal chyba dalej niz Belgradzka