Czyn społeczny

Ach, zrobić tak coś dla ludzi, bezinteresownie i cieszyć się, że naród korzysta z naszego trudu. Marzenie socjalistycznego aktywu. Wydawałoby się, że w kapitalizmie jest marzeniem ściętej głowy. Błąd! Właśnie teraz czyn społeczny może być prawdziwie społeczny, czego dowodzi ta historia.
Najpierw słówko wyjaśnienia dla młodszych czytelników. Czyn społeczny można porównać do sytuacji, w której dostalibyście po miotle i kazano wam zamiatać chodnik przed szkołą, w dodatku w sobotę i za darmo. Za uścisk ręki dyrektora. A tak właśnie było. Rzucano hasło i członkowie partii lub innej organizacji w wolnym czasie raźno ruszali do pracy nad upiększaniem i porządkowaniem rzeczywistości. Efekt był łatwy do przewidzenia – jeden zamiatał, trzech się obijało, a reszta kombinowała, jak by tu aspołecznie się zmyć. Czyn społeczny miał również swoją wersję lokalną, spółdzielczą. Już film „Skupisko” z 1980 roku pokazuje nam akcję sadzenia „drzewek rodzinnych”. Akcja niewątpliwie pożyteczna i mądra - tyle, że sterowana odgórnie. Patrz wcześniej: jeden sadzi, dwóch się obija, reszta kombinuje jak by tu zwinąć sadzonkę na własną działkę. Może trochę przesadzamy, ale istota narzucanych społeczeństwu czynów zawsze podlega podobnym prawidłom. Kto uczestniczył w czynie społecznym „sprzątania świata” ten wie, jak szybko energia z czynowników uchodzi.
I tu czas na niespodziankę. Zapraszamy nad Smródkę. Wzdłuż całej Dolinki Służewieckiej co jakiś czas wyrastają nad nią mostki. Niestety, między Puławską a linią metra o mostkach zapomniano – a jest to wyjątkowo popularny teren spacerowy. Przez jakiś czas w połowie tego dystansu można było się przeprawić przerzuconą nad smródkowym odmętem żelazną szyną. Przeprawa była chybotliwa i groziła wpadnięciem do kipieli. Innym razem rolę tymczasowej kładki pełniły dwie deski – równie zdradliwe jak mostki w dżungli, którymi nad przepaściami kroczy zwykle Indiana Jones. Ale tu czas na bohatera z innej bajki, na ursynowskiego MacGyvera. Otóż wiosną 2012 spacerowiczów powitał wreszcie solidny mostek. Gruba płyta wsparta na trzech filarach, pewnie trzyma się nad korytem Smródki. Śmiało więc wkraczają nań spacerowicze, wózki, dzieci, psy, ba – nawet rowerzyści. Czyżby urząd którejś z sąsiadujących dzielnic stanął na wysokości saperskiego zadania? Nie! To czyn społeczny, o czym informują przybite do krawędzi kartki. Czyn prawdziwie społeczny, bo i modelowo skromny. Inżynierowie i wykonawcy tej jakże potrzebnej przeprawy nie pragną zaszczytów i choć się popisali, to się nie podpisali. Ale my wiemy, kto – jak to kiedyś ujął jeden generał – kto za tym wszystkim stoi.
Jeden z autorów sukcesu postanowił lekko wyjść z cienia i nadesłał nam list, w którym wyjaśnia okoliczności przerzucenia kładki: „Oczywiście nie prosiliśmy nie wiadomo jakich urzędów o zgodę, bo nasza wola i chęć działania była zdeterminowana tylko na sukces jej powstania. A ponieważ wszystkie ścieżki i tak prowadziły do tego miejsca, to naturalnym było, że została usytuowana właśnie w tym i tylko tym miejscu. Część materiałów udało nam się uzyskać z odzysku od pana Kierownika budowy, kiedy był budowany wiadukt przedłużający aleję KEN, a resztę tzn. wszelkie kotwy, wkręty, żywicę i silikony kupiliśmy za swoje tzw. zrzutkowe. Prace konstrukcyjne trwały około sześciu dni (popołudniami po powrocie z właściwej pracy), czyli można uznać, że był to iście czyn społeczny bez wynagrodzenia. I choć nie jest to cud inżynierii, to powstał szybciej niż most Północny im. M. Curie-Skłodowskiej. No i nie jest taki zupełnie bezimienny. Ma na imię: Kasia, Artur, Maciej, Michał, Jacek. A tabliczki są tylko po to, aby miłośnicy wszelkiej mocnej energii zaniechali wyżywania się naszym trudzie, który ma służyć nam wszystkim, których droga zaprowadziła w to właśnie miejsce. Przy okazji apel. Przychodźcie wszyscy nad Dolinkę, kiedy macie tylko ochotę. Na randkę z dziewczyną, na gry i zabawę ze znajomymi, na grilla, na spacery z innymi i z pieskami. Tylko sprzątajcie proszę po sobie, a nawet po innych.”
Tyle nasz społecznik, który jednak dokładniejszej tożsamości nie ujawnił. Bardzo dziękując, wcale mu się nie dziwimy. Też byśmy się nie ujawniali. Znając obyczaje naszych władz, potrzebną przeprawę nadzór uzna za samowolę i z całą surowością prawa będzie się domagał od jej twórców rozebrania dzieła. W urzędowym czynie aspołecznym.

Autor: Maciej Mazur, 2012

Etykietowanie: