Czarnobyl

Nie było żadnych znaków. Ptaki nie wracały ze wschodu, słońce nie skryło się za chmurę, nie urodziło się dwugłowe cielę. Rzecznik rządu Jerzy Urban przygotowywał właśnie akcję przekazywania nieosiągalnych w sklepach śpiworów Polsportu na rzecz bezdomnych z Nowego Jorku, aż tu nagle – jak gdyby nigdy nic – spadł na nas z jasnego nieba grom. I jod.
28 kwietnia w radiu i telewizji pojawiają się pierwsze informacje o radioaktywnym obłoku przemieszczającym się nad Polską. Co, gdzie, jak, dlaczego – ani słowa. Mijają cenne godziny, chmura pyłu przewala się nad krajem. Dwa dni po wybuchu w Czarnobylu spiker w Dzienniku radzi, aby nie jeść świeżych warzyw i nie ulegać panice. Jasne. Ale o co chodzi? Obywatele słuchający BBC wiedzą nieco więcej – a mianowicie, że gdzieś w Związku Radzieckim doszło do poważnej awarii w elektrowni atomowej. Nieoficjalne wiadomości błyskawicznie rozchodzą się po mieście. Wybucha panika. Władze postanawiają uruchomić wielką akcję podawania obywatelom opartego na jodynie płynu Lugola, który ma złagodzić skutki promieniowania. Pierwszeństwo mają dzieci. W szkole nr 303 przy Koncertowej akcja przebiega sprawnie. Na polecenie pani dyrektor kolejne grupki uczniów opuszczają klasy i idą do szkolnego gabinetu lekarskiego. Dzieciarnia jest wyraźnie podniecona – każdy przecież woli niespodziewane atrakcje od spodziewanej odpowiedzi z zawartości podręcznika do środowiska społeczno-przyrodniczego „U nas”. U nas więc coś się dzieje. Klasa czeka. Ci z poprzedniej, co prawda, jacyś tacy niewyraźni a połowa od razu biegnie do toalety. Nie ma jednak czasu na rozmyślania, wołają do gabinetu. Na stole czekają już małe kieliszki z dziwną, brunatną substancją. Chlup. Ohyda. Smak słodkawo – metaliczno – kwaśny – nie do wypicia. Niektórzy zwracają na miejscu, inni walczą ze sobą, w końcu magiczny płyn ma przecież chronić przed niewyobrażalnymi choróbskami. Koniec lekcji, klasa zwolniona do domu.
Po drodze wszyscy uważnie się rozglądają w poszukiwaniu śladów radiacji. Zaraz, zaraz – czy te białe kropki na asfalcie to nie jest przypadkiem ta radioaktywność? Nie. To zwykły kurz, którego pełno tej wyjątkowo ciepłej wiosny. Po powrocie do domu z telewizora kolejne dobre rady. Żeby mleka nie pić i unikać nowalijek. O tym, aby może też unikać spacerów, telewizja się nie zająknie. Przecież wkrótce rusza Wyścig Pokoju – traf chciał, że akurat z okolic Czarnobyla. No cóż. Polityka. O smaku płynu Lugola.

Autor: Maciej Mazur, 2009-16

Reportaż Grzegorza Tkaczyka z Prypeci

Etykietowanie:

Iodi solutio aquosa

Lugol

Nie o smaku "Lugoli"! To nie jest ta lugola, tylko ten Lugol, Jean Lugol dokładnie. Twórca płynu ma się rozumieć.