Baszta (Restauracja)

Jadących Puławską w stronę Piaseczna najpierw przed parafią w Pyrach zwodzi znak drogowy a potem szyld i tak przez przypadek zagubieni podróżni mają szansę pocałować klamkę najstarszej ursynowskiej restauracji, która przez równe pięćdziesiąt lat wpisywała się złotymi zgłoskami w wielką księgę gastronomii nie tylko lokalnej.
Który z lokali może poszczycić się legendą o tym, jak to ubecy wiozący na przesłuchanie zatrzymanego Jacka Kuronia wpadają tu na obiad popijany ćwiartką – który to zresztą obiad podobno spożywają w towarzystwie aresztanta? Legenda śmiała, ale może ziarnko prawdy jednak zawiera. Zacznijmy jednak po kolei.
Na początek zacytujmy historię zebraną przez Fundację Aktywni Uczestnicy Miasta na potrzeby Ursynowskiej Ścieżki Edukacyjnej: „Z dawnych opowieści mieszkańców Pyr wynika, że stworzono ją dla Branickich, aby spędzali tu czas po polowaniach w Lesie Kabackim. Z innych źródeł wynika, że Marconi zaprojektował willę na zlecenie Jana Fruzińskiego, znanego wówczas cukiernika, zwanego królem warszawskiej czekolady. Budynek nie miał wtedy jeszcze baszty, została ona dobudowana dopiero po II wojnie światowej. Początkowo czasy PRL-u nie były dla obiektu pomyślne. Ówczesnym właścicielom – rodzinie Staniszewskich – ledwo udało się ocalić obiekt przed rozbiórką. W 1959 roku niszczejący budynek kupił Stefan Struziński i otworzył w nim restaurację”.
Założyciel knajpy nazwę wybrał taką, która – jak to w PRL – musiała się kojarzyć. Na pierwszy rzut oka Baszta to baszta – ot, ten budynek. Ale, ale. Baszta to także przecież nazwa oddziału AK walczącego w Powstaniu na Mokotowie. Skojarzenia nie przeszkadzały jednak w konsumpcji rozmaitym socjalistycznych luminarzom, z których wymienić można premiera Cyrankiewicza. Staropolska kuchnia z dziczyzną w roli głównej przyciągała także konsumentów kapitalistycznych – w lokalu przyjęcia urządzała ambasada amerykańska, dzięki czemu kuchni z Baszty spróbować mógł Neil Armstrong czy Jane Fonda.
Takie gwiazdy plus ekskluzywne jak na PRL menu spowodowały, że lokal w Pyrach obrósł legendą. Kolacja w Baszcie była obowiązkowym punktem wywierania odpowiedniego wrażenia na zapoznawanej pani, co zresztą potwierdzili rodzice niżej podpisanego. Potwierdzili też, że po kolacji Syrenka miała pewne problemy z odpaleniem i zakochanym groził powrót do miasta autobusem linii 131 dowożącym do Dworca Południowego. Tam już była jakaś cywilizacja.
Wraz z końcem PRL Baszta nieco podupadła. Knajpa już nie miała tej magii, kuchnię polską z dziczyzną serwowało już mnóstwo lokali bliżej centrum, a Amerykanie woleli pójść do Championsa. Jeszcze tylko co jakiś czas podobno na obiad po wyścigach konnych wpadał tu „Pershing”, szef mafii pruszkowskiej. Era Pruszkowa dobiegła jednak końca, era Baszty również. W 2009 roku złożyła broń. Został tylko szyld, mylący kierowców znak drogowy i piękna legenda. Ba, restauracja dorobiła się nawet swojej książkowej monografii napisanej przez Julię Staniszewską i Mikołaja Łozińskiego. Książka nazywa się po prostu „Restauracja” i ukazała się zaledwie w 300 egzemplarzach. Skoro miejsce było ekskluzywne, to i epitafium nie mogło być inne.
Na koniec informacja i zachęta dla spostrzegawczych. Baszta jest przystankiem Ursynowskiej Ścieżki Edukacyjnej. Kto umie szukać, ten znajdzie ukrytą skrzynkę a w niej wspomnienie bywalczyni lokalu. Miłej zabawy życzy Fundacja Aktywni Uczestnicy Miasta.

Autor: Maciej Mazur, 2013

Etykietowanie:

Baszta

Bywałem z rodzicami od początku lat 80., później 90. Najbardziej smakował mi tatar. Później wpadałem tam na kielicha ;)