Artykuły zagraniczne

Artykuły zagraniczne w socjalizmie oznaczały artykuły zza żelaznej kurtyny. Te wszystkie przemycane puszki z piwem, gumy do żucia, szynki konserwowe i papierosy Marlboro. Bo pomarańcze kubańskie (czerwone i kwaśne) i cukierki radzieckie (paskudne) choć importowane, to wcale już takie zagraniczne nie były. Pierwszą jaskółką zapowiadającą upowszechnienie artykułów zagranicznych było pojawienie się w sklepach Coca Coli w latach siedemdziesiątych. Drugi etap to stan wojenny i paczki z pomocą przychodzące z krajów zachodnich, a w nich mleko w proszku, kawa Nescafe, czekolada Milka. Trzeci i ostatni krok nastąpił w drugiej połowie lat osiemdziesiątych, gdy ruszył mniej lub bardziej legalny prywatny import poszukiwanych delikatesów. I tu dochodzimy do Ursynowa. Na załączonym zdjęciu z kroniki filmowej nakręconej pod koniec 1987 roku widzimy w tle kiosk ruchu obstawiony z obu stron przyczepami kempingowymi typu N-126. To jednak nie żaden biwak ani kemping, tylko najazd prywatnej inicjatywy na okolicę we władaniu handlu uspołecznionego (bo dzieje się to przed Megasamem). Z przyczepy po lewej stronie sprzedaje się kwiaty (niedługo potem w tym miejscu powstanie kwiaciarnia murowana) a przyczepa po prawej… to dopiero ciekawa historia. Jak wspomina Marcin Cieślak, długoletni mieszkaniec ulicy Puszczyka, „była to osobliwa forma samozwańczego Peweksu, który prowadził jakiś prywaciarz. Miał tam zagraniczne papierosy, alkohole i słodycze”. Półtora roku później, wraz z upadkiem socjalizmu i końcem fikcji handlu uspołecznionego, artykuły zagraniczne pojawiają się masowo na bazarach, sprzedawane z łóżek polowych a także w budkach z zieleniną. Tam, między ziemniakami a szczypiorkiem, tkwi na przykład zgrzewka gum do żucia „Donald”, „Turbo”, czy „Hubba Bubba”, koło jajek stoi napój „Canada Dry” – ale nie z Toronto, tylko z Berlina Zachodniego – a w tle, za sprzedawcą, dumnie prezentują się mocne Camele. Z akcyzą? Jaką akcyzą, kto wtedy słyszał o akcyzie.
A potem… potem artykuły zagraniczne zaczęto produkować w kraju, rarytasem stały się więc te prawdziwe krajowe. Kto by kiedyś pomyślał, że w budkach w XXI wieku będzie się sprzedawać zachwalaną „Szynkę jak za Gierka”?

Autor: Maciej Mazur, 2008

Etykietowanie: